Alfa i Omega
sobota, 22 czerwca 2013
Podziękowania
No i już. Jest po wszystkim.
Alfa i Omega jest pierwszym, zakończonym fanfickiem do serii P.J., który został napisany po polsku. I jestem z tego faktu niezwykle dumna.
Alfa i Omega ma symbolizować początek i koniec. Siłę (zajrzyć do przysłów, radzę), a na końcu po prostu bohaterów.
Nie napisałabym tego wszystkiego bez czytelników. Autorzy twierdzą, że piszą dla siebie itd, że nie zależy im na komentarzach. A ja w to nie wierzę. Piszę dla siebie i dla każdego kto kiedykolwiek to przeczyta. I w to wierzę. Dlatego bez niektórych ludzi, to opowiadanie nigdy by się nie zakończyło. I tutaj chcę wam wszystkim podziękować. Aqanus, która była pierwszą osobą, która skomentowała to opowiadanie. ab0206, która dała mi wiarę w siebie. Ciastka, Merr, Wici, Jove's Child, Rivali, Hanucie, Oikko i agdze99. Isabelli369, Annabeth1998. Rasmusce i Necropolitan. Verte, bez której nie byłoby zakończenie. Mandze. Mobii. Raphaelowi. Każdemu, czy go wymieniłam, czy nie.
Pisanie Alfy i Omegii było trudne, ale w końcu nacisnęłam "complete"
Dziękuję.
Epilog
Tak jak ostatni rozdział był tylko dla was, to epilog jest tylko dla mnie. Zostawia mi otwartą furtkę, gdybym kiedykolwiek chciała napisać sequel. I być może powinniście go przeczytać, dopiero wtedy, gdy zacznę to robić.
Ostrzegałam.
EPILOG
- Annabeth. Annabeth!
Dziewczyna podniosła wzrok z nad książki.
- Tak?
Brunetka przed nią uśmiechnęła się z politowaniem.
- Znowu wyglądasz jak nastolatka.
Dziewczyna zarumieniła się. Podniosła się z trawy i zasłaniając się dłonią przed bijącym w oczy słońcem, wzruszyła ramionami.
- Oj, Sally. Czasami jeśli chcę zrobić coś głupiego, to muszę być nastolatką. Inaczej będę myśleć, jak dorosła kobieta.
Obydwie zaśmiały się i brunetka pociągnęła blondynkę w stronę Wielkiego Domu.
- A co takiego głupiego chcesz zrobić?
- Zależy.
- Od czego?
- Od tego, po co mnie ciągniesz do Wielkiego Domu.
- Chejron chciał, żebyś poznała nowego. Ponoć jest w nim coś specjalnego.
Blondynka spojrzała zaciekawiona na brunetkę.
- Czyli...?
- Nie wiem. - Sally wzruszyła ramionami. - Ale ty się pewnie dowiesz.
Stanęły przed werandą. Annabeth wzięła głęboki oddech i przywołała uśmiech na twarz.
- Annabeth! - odezwał się Chejron. - Chodź, chciałbym, żebyś kogoś poznała.
- Jasne. - Dziewczyna weszła po schodkach, gotowa powitać nowego obozowicza, i właśnie wtedy go zobaczyła.
Siedział na krzesełku, ale na jej widok wstał i przywołał na twarz uśmiech. Miał krótkie, blond włosy i brązowe oczy, które ścigały ją przez wiele nocy, przypominając, to o czym chciała jedynie zapomnieć.
Zamarła, nie mogąc się odezwać, ale wtedy on wyciągnął rękę i uśmiechnął się.
- Annabeth. - wyjąkała, ściskając mu dłoń.
- Omega.
KONIEC
Rozdział XVII
Hej.
To już jest ostatni rozdział Alfy i Omegi. Ostatni rozdział i epilog.
Na wstępie chciałabym powiedzieć, że data, w której to wstawiam nie jest przypadkowa. Dzisiaj jest czternasty marca. Dokładnie rok temu wstawiłam epilog, i nie przypuszczałam, że moje opowiadanie będzie takim sukcesem.
W ciągu tego roku dużo się działo. Przez jakiś czas nie pisałam, potem pisałam strasznie dużo, i jakoś tak się wyrównało.
Mam wiele rzeczy do powiedzenia, ale to po tym, jak już skończycie czytać. Powiem tylko, że będzie tu mały przytyk dla tych wszystkich co to zastanawiali się nad tajemniczym Omegą. Tytuł ma trzy znaczenia moi drodzy. Trzy. I wszystkie potem wyjaśnię.
Ale na razie czytajcie.
Tym razem to naprawdę koniec.
Dedykuję każdemu, kto dotrwał do końca.
Dziękuję.
soundtrack : Imagine Dragons - Round and Round
Rozdział XVII
- Dasz wiarę? Katie poprosiła Travisa, a ten się zgodził. Znaczy się, zawsze wiedziałam, że się zgodzi, w końcu chłopak świata poza nią nie widzi, ale jednak. - Kobieta uśmiechnęła się lekko i poprawiła parawan zasłaniający łóżko. Spojrzała na leżącego na nim chłopaka i w jednej chwili jej uśmiech zbladł. - Chociaż ... nie. Nie sądziłam, że ona go jednak poprosi. Nie po tym, co się stało z Page i Nico. Ja po prostu... - Kobieta usiadła na łóżku i westchnęła. Rzuciła okiem na chłopaka i dopiero wtedy doszedł ją absurd całej tej sytuacji. Zaśmiała się cicho. - Bogowie, co ja robię? Zwierzam się komuś, kto nie może mi odpowiedzieć, a nawet mnie usłyszeć. - Poczekała chwilę na jakiś znak, że jednak nie, że została wysłuchana, ale nic się nie wydarzyło. - No oczywiście. Zwariowałam.
Wstała i rozsunęła parawan. Nie patrząc na chłopaka wyszła i już po chwili była na zewnątrz.
W tej tak bardzo chciała z kimś porozmawiać! Tak bardzo, że po radę poszła do najmniej odpowiedniej osoby. A już sobie wcześniej obiecywała. Przyrzekała, że więcej tego nie zrobi. I zrobiła. Znowu.
Wcześniej mogłaby pójść po radę do Page. Co prawda, gdyby nie ona, to w ogóle żadna rada nie była potrzebna, ale ...
- Annabeth.
Kobieta uniosła głowę, dopiero teraz spostrzegając, gdzie zaprowadziły ją własne nogi. Stała naprzeciwko Wielkiego Domu, a znad werandy spoglądał na nią zaniepokojonym wzrokiem mężczyzna na wózku.
- Chejronie. - Zmusiła się do uśmiechu. Otrzepała spodnie, jakby chciała się pozbyć niewidzialnego brudu, i podeszła do werandy. - Jak się masz?
Mężczyzna rzucił jej uważne spojrzenie znad szkiełek okularów, a ona poczuła się jakby ktoś właśnie pozbawił ją ubrania. Trzymała jednak głowę wysoko i nie pozwoliła by rumieniec z szyi dosięgnął jej twarzy.
- W porządku, dziękuję. A ty? Co tu robisz o tak późnej porze?
- Ja... Właśnie wracałam od Katie. Przekazała mi nowiny.
Chejron pokiwał głową, po czym wskazał na mały stolik przed nim.
- Przyłączysz się? Właśnie miałem rozłożyć pasjansa, ale może zagralibyśmy razem w jedną partyjkę remika?
Blondynka zacisnęła usta, rozpaczliwie szukając wymówki.
- A czy nie jest zbyt późno?
- Moja droga Annabeth. - Mężczyzna uśmiechnął się pobłażliwie, po czym spojrzał na kobietę z błyskiem w oku, zupełnie jakby dzielili razem jakąś wspólną tajemnicę. - Naprawdę będziemy się przejmować takimi drobnostkami?
Annabeth spuściła wzrok i właśnie wtedy dostrzegła zużytą puszkę coli, leżąca przy kartach.
- Nie jest nas za mało? Do gry w remika?
- Bzdura. Nasza dwójka całkowicie wystarczy.
Blondynka, której skończyły się już wymówki, kiwnęła głową i weszła na werandę, po czym z westchnieniem usiadła przy stoliku.
- Aczkolwiek... - Dobiegł ją głos mężczyzny. - Skoro już o tym wspomniałaś... Możemy zaprosić Pana D. Jestem pewien, że chętnie wpadnie z wizytą, zwłaszcza, że mam z nim coś do przedyskutowania.
I jak na zawołanie w powietrzu rozległo się ciche pyknięcie i wokół krzesła obok pojawiły się jasno fioletowe spirale dymu, mocno pachnące winogronami. Annabeth zamknęła oczy, gdy tylko uderzyła ją woń owoców, ale gdy już je otworzyła, obok niej, siedział wysoki, przystojny młodzieniec. Nic sobie nie robiąc z towarzystwa, zaczął wygodnie się rozsiadać. Po chwili jednak wstał, i mamrocząc coś pod nosem, zaczął podnosić krzesło i obracać je pod różnymi kątami, zupełnie jakby sprawdzał, czy aby na pewno nie jest złamane.
- Panie D! W samą porę! Zechciałbyś może zagrać z nami w partyjkę remika? Annabeth właśnie mówiła, że brakuje nam osób.
Brunet w jednej chwili zamarł, po czym powoli obrócił się w stronę Annabeth. Kobieta uśmiechnęła się w geście powitania, ale nie spotkawszy się z żadną reakcją, szybko spuściła wzrok. Wciąż czuła na sobie spojrzenie mężczyzny i już miała się odezwać, tylko po to by przerwać ciszę, gdy została uprzedzona.
- Po to tu przecież przyszedłem - burknął Pan D., po czym rzuciwszy w jej w stronę ostatnie, natarczywe spojrzenie, usiadł na krześle.
- Znakomicie. - Chejron uśmiechnął się, a Annabeth wbiła wzrok w karty jeszcze mocniej. - To kto rozdaje? Ja?
- Właściwie... - Kobieta wtrąciła się. - Czy moglibyśmy zagrać w "trzy, pięć, osiem"? Tą grę lepiej znam. - Uśmiechnęła się (miała nadzieję) zalotnie.
Mężczyźni wydawali się być przez chwilę wytrąceni z równowagi.
- Oczywiście, ale obawiam się moja droga, że będziesz nam musiała wszystko wyjaśnić. Nie znamy tego "trzy, pięć, osiem".
Natychmiast pokiwała głową, po czym pośpiesznie streściła zasady gry. Gdy upewniła się, że wszyscy gracze wiedzą, już o co chodzi, chwyciła karty i zaczęła je tasować. Oczy miała cały czas spuszczone, ale słuchała łapczywie każdego słowa.
- Co słychać na Olimpie? Jakieś nowe... wieści?
Dionizos wyraźnie zawahał się przed odpowiedzią.
- Nie. Żadnych.
Kobieta podała talię brunetowi.
- Przełóż.
Mężczyzna w odpowiedzi rzucił jej spojrzenie spode łba, ale karty przełożył.
- I co teraz? - zapytał, jakby znudzony.
W odpowiedzi kobieta zaczęła rozdawać karty. Ona, Chejron, Pan D., musik. Ona, Chejron, Pan D., musik. Ona, Chejron, Pan D., musik...
- W takim razie Olimp nie ma na głowie teraz niczego znaczącego, tak? - zapytał staruszek, wciąż uśmiechając się dobrodusznie.
Pan D. spojrzał na mężczyznę podejrzliwie.
- Do czego zmierzasz?
Jakby przeczuwając, co centaur zaraz powie, Annabeth wtrąciła się, byle tylko go powstrzymać.
- Rozdane!
Mężczyźni rzucili jej długie spojrzenie, jakby nie byli do końca pewni, czy nic jej nie jest, ale po chwili wzięli do rąk karty.
- To ja będę ósemką, dobrze? Dionizos może być trójką, a ty Chejronie piątką. - Żaden z nich nie zareagował, tylko wciąż trzymali głowę w kartach. Ona sama zacisnęła usta i spojrzała na musik. Król pik, trójka kier i szóstka pik. Ona miała po cztery piki i pięć karo. Reszta złożona była ze słabych kierów i trefli...
- Wybieram karo.
Mężczyźni pokiwali głową, w żaden sposób nie okazując swojego zadowolenia lub jego braku. Annabeth wyciągnęła rękę, i ze strachem spostrzegła, że drży jej cała dłoń. Szybko odwróciła pozostały musik. Dwa karo. As i czwórka. Ale też niski pik i trefl. Szybko wyrzuciła niepotrzebne cztery karty i dała po jednej obu mężczyznom. W końcu, gdy była pewna, że wszyscy są już gotowi, wyciągnęła najwyższą kartę i rzuciła ją na stół.
- Zmierzam do tego... - Odezwał się nagle Chejron, rzucając dwójkę. - Że macie nową kwestię do omówienia. Rozmawiałeś już z Hermesem? Albo może z Demeter?
- Nie - odparł Dionizos, pozbywając się czwórki kier. - Ale ty zapewne wszystko mi wyjaśnisz.
- Oh, może dajmy odezwać się Annabeth. - Centaur spojrzał na nią uważnie spod okularów.
- Mnie? - Wyjąkała, próbując udać zdziwienie. - Ale ja nie wiem, o co ci chodzi, Chejronie.
- Nie? - Mężczyzna uniósł brew. - Przecież wiesz, że Travis i Katie zdecydowali się poprosić bogów o odebranie im nieśmiertelności. Czy nie dlatego poszłaś odwiedzić chłopaka?
Poczuła jak ogarnia ją rumieniec wstydu, jak i jednocześnie złości. Chłopaka... Czemu oni wszyscy musieli nazywać go tak... bezpodmiotowo. Zupełnie, jakby chcieli przypomnieć jej, że powinna dać sobie spokój. Za każdym takim razem, czuła się, jakby kolejna, mała igiełka była wbijana w jej skórę. Centaur spojrzał na boga pytająco.
- Może im się powieść?
Mężczyzna wzruszył ramionami.
- To jedni z tej Dziesiątki Nieśmiertelnych? - zapytał.
- Tak właściwie to Dziewiątki.
Kolejna igiełka.
Bóg przez chwilę zastanawiał się.
- Raczej nie. Po tym co się stało ostatnio... Hades i Posejdon byli wściekli. Ojciec zabronił im jakiejkolwiek ingerencji, ale zapowiedział, że więcej takich zmian nie będzie. Nie zamierzają stracić kolejnych... - Nagle bóg zamarł. Oczy mu się zamgliły i już po chwili zniknął.
- Pan niebios musiał go wezwać - stwierdził Chejron, jak gdyby nigdy nic.
- Ta... Wiesz co, ja ... powinnam iść. Dobranoc.
Wstała i szybko zeszła z werandy.
- Annabeth.
Niechętnie odwróciła się.
- Tak?
- Musisz przestać to robić. Nie możesz tam latać za każdym razem, gdy będziesz miała problem, albo będziesz po prostu czuła się samotna. Minęło już dużo czasu. Daj sobie odpuścić.
Mężczyzna patrzył na nią z troską, a ona czuła, jak gula w gardle rośnie, a szpilki stają się jakby coraz bardziej ostrzejsze.
- Obiecaj, że tam nie wrócisz.
Zamknęła oczy i odwróciła się, a z jej ust wydobył się ciszy szept.
- Nie wrócę.
I już nie wróciła.
Pomimo upływu lat, obóz nie zmieniał się. Drzewa, pola, budynki... Wszystko to pozostałe nienaruszone, na swoim miejscu. I kiedy patrzyło się z boku, jedyną oznaką tego, że czas mijał, byli ubywający ludzi.
Z jednej strony obozowicze, którzy w oczach nieśmiertelnej kobiety, zdawali się przychodzić jednego dnia i odchodzić następnego. Zapamiętywała ich imiona, ale potem nie potrafiła odróżnić jednej osoby od drugiej, w całej tej rzece herosów.
Nawet jej kompani, pozostali nieśmiertelni, nie byli tak stali, jak mogło by się wydawać.
Thalia natychmiast powróciła do bycia łowczynią. Teraz biegała po lasach i strzelała z łuku, a Annabeth widziała ją zaledwie raz, i to przez przypadek. Grover, jako pan natury, stawał się coraz bardziej dziki, i w pewnym momencie zaczął znikać na długie tygodnie. Travis i Katie, śladem za Page i Nico, oddali swoją nieśmiertelność. Connor, nie mogący znieść rozłąki z bratem, zrobił to samo, i w pewnym momencie Annabeth stwierdziła, że minęło piętnaście lat, od czasu kiedy ostatnio ich widziała. Pozostali rozeszli się szybko po świecie, wśród nich Daniel. W obozie została ona,Will, Jake i Jason z Leo i Piper. Annabeth nie dogadywała się za dobrze z ostatnimi trzema. Być może miało na znaczeniu to, że funkcjonowała jako dorosła kobieta, a oni wciąż zatrzymali swoje nastoletnie ciała.
Jedyną stałą rzeczą w obozie był chłopak leżący w bezruchu przez dwadzieścia osiem lat.
Annabeth omijała miejsce szerokim łukiem. W końcu przyznała rację staremu centaurowi, i obiecała sobie, że już nigdy nie postawi stopy w szpitalu, chyba, że będzie chodziło o sprawy życia i śmierci.
I tego dnia właśnie o to chodziło.
Kiedy usłyszała nowiny od bladego Chejrona, to była jej pierwsza reakcja. Nic nie powiedziała, tylko pozwoliła stopom poprowadzić się we właściwie miejsce. I gdy tak stała pod drzwiami do szpitala, myśląc tylko o tym, że nie może spojrzeć w niebo, zmieniło się wszystko. W środku rozległ się dźwięk tuczonego naczynie, a za nim tupot stóp. Zanim kobieta zdążyła przetrawić informacje, drzwi otworzyły się z hukiem i prosto na nią wleciał mokry Will.
- Annabeth!
Kobieta przytrzymała go, i gdy była już pewna, że mężczyzna się nie przewróci, rozluźniła uścisk.
- Co się stało Will? Czy któryś z obozowiczów...?
Mężczyzna pokręcił szybko głową.
- Nie, Annabeth... Nie. Stało się coś zupełnie innego... ja... nie mogę w to uwierzyć... To po prostu... Musimy powiedzieć Chejronowi i ty...
- Spokojnie! Uspokój się i powiedz o co chodzi.
Syn Apolla zamknął oczy i wziął głęboki oddech.
- Obudził się.
Annabeth zamarła i cofnęła się o krok.
- Co?
- Obudził się.
- Ale kto? - zapytała, choć odpowiedź była jej uznana. - Kto się obudził? Kto się obudził Will?
Mężczyzna spojrzał na nią wymownie, i to było wszystko czego potrzebowała. Wbiegła do środka.
W małym pokoju nie było żywej duszy. Tylko rozrzucona pościel i szata dla pacjenta. Dolna szuflada stolika przy łóżku była otwarta, a w środku nie było żadnych ubrań.
Annabeth stała zamurowana, a po głowie krążyła jej tylko jedna myśl. Obudził się, obudził się, obudził...
- Annabeth! - Odwróciła się gwałtownie, unikając zderzenie z Willem. - Widzisz? Obudził się!
- Tak - szepnęła. - Zdecydowanie się obudził. Ale gdzie jest teraz?
Mężczyzna wzruszył ramionami.
- Nie wiem. Ale jego ubrania zniknęły, więc zakładam, że po prostu ubrał się i wyszedł. Pewnie nie zdaje sobie z sprawy z tego co się stało. Może myśli, że bitwa z Gają odbyła się tego dnia.
Annabeth pokiwała szybko głową, po czym usiadł na łóżku i zasłoniła sobie twarz dłonią.
- Bogowie, co teraz?
- Pójdę zawiadomić Chejrona, a ty...
- Nie! - Kobieta szybko poderwała się i złapała mężczyznę za ramię. - Will, nie możesz mu powiedzieć. Nie możesz powiedzieć nikomu, rozumiesz? Nikomu - powiedziała z naciskiem na ostatnie słowa.
Syn Apolla spojrzał na nią zaskoczony.
- Annabeth, to jest poważna sprawa. Jak ty sobie to wyobrażasz? Co chcesz zrobić?
- Ja... - Kobiecie nagle zabrakło słów. Rozejrzała się w około, w desperacji szukając czegoś, co mogło by jej pomóc. - Najpierw wyjdźmy na zewnątrz, dobrze? -Wyszła, ciągnąc mężczyznę. - I zamknij drzwi.
- Annabeth...
- Zamknij drzwi. - Powtórzyła ostro. Mężczyzna z niechęcią wykonał polecenie, i gdy byli już na zewnątrz, zaczęła mówić. - Posłuchaj. Sam mówiłeś. Jest zagubiony. Prawdopodobnie nie wie co się dzieje. A jak zaraz zaczniemy wysyłać na nim cały obóz, to na pewno mu się nie polepszy. Daj mi go poszukać samej. Nikomu nic nie mów. Jeśli do świtu go nie znajdę, to wtedy pójdziemy do Chejrona.
- A jak wytłumaczymy to, że wcześniej tego nie zrobiliśmy?
Kobieta wzruszyła ramionami.
- Dopiero rano zobaczyłeś, że zniknął.
- Annabeth, ale ja w każdy wieczór go odwiedzam i sprawdzam, jaki jest jego stan. Jak niby wytłumaczę to, że akurat tej nocy tego nie zrobiłem.
- Ee... - Kobieta zacisnęła zęby, próbując coś wymyślić. - Może... Wiem! Eee... - Spojrzała na mężczyznę niepewna. - Słyszałeś ... co się stało? - Głos jej się załamał. Była tak przejęta tym, że On w końcu się obudził, że zapomniała o Thali. Poczuła, jak łzy stają w jej oczach, i już po chwili musiała bardzo szybko mrugać, żeby cokolwiek widzieć.
Will kiwnął głową,a po chwili wydał z siebie długie westchnienie.
- No dobrze. Idź, poszukaj go. Coś wymyślę.
- Dziękuję, dziękuję! - Z radości rzuciła się mężczyźnie na szyję. - Uda mi się.
I puściła się biegiem, wiedząc, że jeśli On wciąż jest w obozie, to może być tylko w jednym miejscu.
Znalazła go na plaży.
Gwiazdy były już wysoko na niebie, a światło księżyca odbijało się w ciemnej tafli morza. Fale przychodziły i zalewały brzeg, a on siedział na piachu, i patrzył się przed siebie. Jego czarne włosy były rozwichrzone, jak zawsze, a na ramieniu widać było bliznę po ataku smoka. Miał na sobie zielony t-shirt i czarne spodnie, które całe były oblepione piaskiem.
W tamtej jednej chwili, Annabeth mogła by przysiąc, że nic się nie stało. Że te tysiąc wcale nie minęły, a oni wciąż są półbogami w Obozie Herosów. Miała ochotę podejść i usiąść koło chłopaka, i po prostu się do niego przytulić. On ocknąłby się z zadumy, powiedziałby coś głupiego. Wtedy ona oczywiście by go poprawiła, i na powrót staliby się Glonomóżdżkiem i Mądralińską. Wszystko wydawało się takie proste. Mogło być takie proste. Gdyby tylko...
Ale wtedy on odwrócił głowę, i cała wizja w jej głowie runęła.
Patrzył na nią bez emocji, zupełnie jakby jej tam nie było. Zupełnie, jakby była całkowicie obcą kobietą. Może dlatego, że ona nie była już nastoletnią Annabeth. A może dlatego, że on nie był już Percy'm. Może dlatego, że ponoć nie był już nawet Alfą. Tylko Nim. Chłopakiem.
Zrobiła krok do przodu i usiadła koło niego na piasku. Przez chwilę żadne z nich nic nie mówiło, i gdy Annabeth doszła w końcu do wniosku, że albo chłopak zwariował, albo całkowicie jej nie poznaje, on odezwał się.
- To teraz jesteś dorosłą kobietą, tak?
Zacisnęła usta, nie wiedząc, jak zareagować, czy na niego patrzeć, czy nie, ale on i tak wciąż spoglądał prosto przed siebie na fale. No dobrze. Skoro on, to ona też. Wbiła wzrok w odbicie księżyca i kiwnęła głową.
- Dlaczego?
- Doszłam do wniosku, że jeśli wciąż będę miała ciało nastolatki, to nigdy nie przestanę się zachowywać jak nastolatka. Sam wiesz.
Kiwnął głową, i oboje zamilkli. Kobieta zaczęła bawić się palcami, aż w końcu nie wytrzymała i spojrzała na niego.
- Czemu jesteś taki spokojny?! Nie dociera do ciebie, co się stało? Nie kojarzysz...?
Uśmiechnął się, ale wciąż na nią nie spoglądnął.
- A co tu jest do kojarzenia. Skoro żyjesz, i skoro cały obóz żyje, to znaczy, że udało mi się uśpić Gaję. Ale, - dodał - skoro ja także żyję, to może to oznaczać tylko tyle, że jednak mi się nie udało, i wpadłem w stan pomiędzy życiem, a śmiercią. I jedyne pytanie jest takie, ile w tym stanie byłem, co? - W końcu przekręcił głowę i spojrzał na nią oczekująco. - Więc? Ile?
- Dwadzieścia osiem lat - wyszeptała. - Niecałe dwadzieścia osiem lat.
Chłopak nie okazał żadnej emocji, tylko po prostu skinął głową.
- I co się działo w ciągu tych dwudziestu ośmiu lat?
Więc mu powiedziała. Opowiedziała mu wszystko. O tym, że Księga go wykiwała. O tym, że Gaja stała się Piękną Panią. O tym, że Wojownicy wyjechali i zostawili go tu. O tym, że leżał uśpiony, i nikt nie próbował go obudzić. Mówiła mu o tym, jak zwykła go odwiedzać za każdym razem gdy ją coś trapiło.
- Zwykłaś? Czyli przestałaś, tak?
- Ja... Tak, przestałam. Nie widziałam cię od dziewiętnastu lat. Dopiero dzisiaj... przyszłam cię odwiedzić.
- Dlaczego?
- Bo... nie miałam już z kim porozmawiać.
Chłopak uniósł brew.
- A Page? Nico, Thalia, Grover? Katie, nawet Travis?
Zamknęła oczy.
- Page i Nico pobrali się. Na ich prośbę bogowie zamienili ich w zwykłych półbogów. Urodziła im się córeczka, ale potem mieli wypadek samochodowy, i zapadli w śpiączkę. Trzy lata później w ślad za nimi poszli Katie, Travis i Connor. Wyjechali do Europy. Więcej ich nie widziałam. Grover zniknął, nie wiem, gdzie może być.
Zapadła cisza.
- A co z Thalią?
- Thalia... Zginęła. Dzisiaj. Chejron twierdzi, że Artemida umieściła ją w gwiazdach, koło Zoě. Nie patrzyłam. Nie chciałam.
Spojrzała na chłopaka, a ten wzrok utkwiony miał w piasku.
- To co teraz?
- Słucham?
- Co zamierzasz? Wiesz, nie możesz siedzieć całą wieczność na plaży.
Zaśmiał się cicho.
- Chciałbym. Ale nie... Mam plan.
- Już? - Zdziwiła się kobieta. - Tak szybko?
- Wierz mi lub nie, ale tysiąc lat to dużo. Wymyśla się wiele planów i sposób na osiągnięcie celu, a ja byłem dość... zdesperowany.
- Byłeś? Czyli już nie jesteś? Nie chcesz umierać?
Pokręcił głową.
- Nie jestem pewien czy mogę.
- Czekaj. - Annabeth uniosła dłoń. - Chcesz mi powiedzieć, że nie jesteś już zwykłym śmiertelnikiem?
Chłopak wyciągnął dłoń, a fala wody zatrzymała się. Zamknął dłoń, a całkowicie zniknęła. Annabeth zabrakło słów.
- Chyba jestem herosem. Ale nie jestem pewien.
- Czyli... co? Zamierzasz zostać w Obozie? Znowu będziesz zwykłym półbogiem?
Zaśmiał się. Spojrzał jej w oczy, i po raz pierwszy od lat, dostrzegła wesołe błyski, czające się w jego spojrzeniu.
- A czy myśmy kiedykolwiek byli zwykłymi półbogami? Annabeth, uratowaliśmy świat. I to nie raz, a wiele razy. Cały czas o coś walczyliśmy. I ciągle będziemy, jeśli tylko tu zostaniemy. Więc po co? Po co miałbym tu zostać?
W gardle pojawiła jej się wielka gula, ale kobieta przełamała się.
- Dla mnie. Zostań tu dla mnie.
Zamarł.
- Słucham? - Szpilka. - Mam tu zostać dla ciebie? - Kolejna szpilka.
Czując, jak łzy poniżenia tworzą się w jej oczach, odwróciła wzrok.
- Tak. - Powtórzyła. - Zostań tu dla mnie. Może jesteś wciąż na mnie zły, może masz mi wciąż za złe, ale wiesz co? - Wstała, czując, jak ogarnia ją złość. - Ja też jestem na ciebie zła! Ja też mam ci za złe! Do jasnej cholery...!
Odwróciła się i zaczęła odchodzić. Z tyłu usłyszała, jak chłopak też się podnosi, ale nie zwolniła kroku.
- Annabeth. - Szła dalej. - Annabeth! Annabeth, zatrzymaj się!
Odwróciła się, tylko po to by zobaczyć, jak chłopak wpatruje się w nią błagalnie.
- Po co?! - krzyknęła, nie przejmując się tym, że jest już noc, i że wszyscy mogą już usłyszeć. Musiała się wydrzeć, musiała się rozładować. Musiała w końcu powiedzieć to, co tłumiła w sobie latami. Cała gorycz, wściekłość mogła w końcu znaleźć ujście, teraz gdy jej obiekt w końcu się pojawił. - Zdradziłam cię! Dobrze, zrobiłam to! I nienawidzę się za to! Przez to, że w ciebie zwątpiłam, wszystko się pochrzaniło. Ja wszystko pochrzaniłam! Ale wiesz, co? - Zapytała drwiąco przez łzy. - Ciebie też nienawidzę! Bo zniknąłeś! A potem to ty we mnie zwątpiłeś! Nie walczyłeś o mnie! Nawet nie próbowałeś! Uciekłeś! A potem. Potem ogarnięty byłeś żądzą śmierci. I wracasz, i kłamiesz, i oszukujesz! Manipulujesz mną, i sprawiasz, że znowu się w tobie zakochuję! - Łzy leciały jej po policzkach, ale już się nimi nie przejmowała. Teraz nic nie miało znaczenia. - I może to głupie, ale miałam nadzieje, że ty też! Ale skoro jesteś tak nieszczęśliwy, że żyjesz, to zostawię cię w spokoju i nigdy więcej mnie nie zobaczysz.
Odwróciła się na pięcie i już miała odejść, gdy odezwał się.
- Chodź ze mną.
Odwróciła się.
- Co?
Podszedł do niej i wyciągnął rękę by ją chwycić, ale zaraz cofnął.
- Chodź ze mną do Lete.
- Do Lete? - Powtórzyła szeptem.
- Tak.
- Ale przecież to rzeka zapomnienia. Czy ty chcesz...?
Uśmiechnął się smutno.
- Annabeth, wydaje ci się, że mnie kochasz. Wydaje ci się, że wszystko może być dobrze. Że możemy wrócić do tego, co było. Ale rozejrzyj się! - Machnął ręką w stronę domków. - Nie możemy. Minęło ponad tysiąc lat. I możemy próbować, ale nie wymażemy tych tysiąca lat. Być może kochasz mnie, kiedy wciąż jestem Percy'm. Być może Alfą. A ja nie czuję się, jak żaden z nich. Nie wiem, kim sam jestem, a co dopiero kim jesteś ty! Jestem zmęczony. Jestem zmęczony wszystkim oczekiwaniami, żądaniami. Tutaj byłem herosem z przepowiedni. Tam miałem być zastępcą Chaosa. Wielkim, potężnym. Miałem być Alfą i Omegą. A nie chcę! Nie wiem, jak to się stało, że się obudziłem, ale .. Chcę zacząć raz jeszcze. Ostatni raz... I jeżeli mi się to uda, to tylko z Lete. I możesz iść ze mną, tylko ... Pytanie brzmi... Czy chcesz?
Chciała?
W podziemiu jedyne światło pochodziło od dusz. Z błogim uśmiechem patrzyły się na rzekę, i gdy w nią wchodziły, nagle wszystkie troski odchodziły. Zostały zapomniane.
Stał na brzegu, ale jej nigdzie nie było. Próbował znaleźć swoje odbicie w wodzie, ale rzeka nie pamięta twarzy. Nigdy.
Wszystkie wspomnienia z całego jego życia kłębiły mu się głowie, jakby w ten sposób chciały go zatrzymać. Ale on nie zamierzał już nigdy więcej się zatrzymywać.
Skupił w sobie wszystkie siły jakie miał i przywołał do głowy obraz wysokiego blondyna, o jasnych brązowych oczach i pociągłej twarzy. Po chwili poczuł drganie na skórze i zrobiło mu się słabo. Zarzucił kaptur na głowę i spojrzał na wodę.
A potem zrobił jeden, mały krok do przodu, prosto w rzekę zapomnienia.
- Alfa! ALFA!
Czyjaś dłoń szybkim ruchem zerwała mu kaptur z głowy, a on otworzył oczy.
Patrzył na obcą twarz.
Prąd rzeczny porwał go, a ostatnią rzeczą jaką widział była blond nieznajoma, stojąca na brzegu i krzycząca rozpaczliwie za kimś, kto już nie istniał.
Rozdział XVI
Brakowało mi paru znajomych nicków w komentarzach, więc ... Smutno było. Nie chciało mi się pisać, ale rozdział napisałam, i przyznam, że jestem z niego więcej, niż zadowolona. Jest on już przedostatni, ostatni będzie w środę, ale jeśli wstawię go wcześniej, nie mam pojęcia jak, to można mi wysłać prośbę na PM, albo w komentarzu i podać emaila ( spacje pomiędzy literami), to was poinformuje. Nie szczędźcie na komentarzach, bo to naprawdę już koniec, i więcej okazji nie będzie. Przypominam o ankiecie i zapraszam!
Soundtrack : Badly Drawn Boy - In Safe Hands
Dedykowane Hestii
Rozdział XVI
Annabeth w pewnym momencie stwierdziła, że to musiało być zapisane gdzieś w gwiazdach. Fata ewidentnie zaplanowały każdy, nawet najmniejszy szczegół i to z okrutną wręcz dokładnością.
Gdy patrzyła na nieruchomo spoczywające ciało Alfy, była w stanie wręcz usłyszeć śmiech trzech staruszek. Na ramionach, twarzy , ustach chłopaka widać było ślad ich zmarszczonych dłoni, które postanowiły raz jeszcze zadrwić ze śmiertelności.
Ni żywy, ni martwy. Ni zazna spokoju, ni dotknie rozpaczy. Tak blisko Hadesu, już palcami bramy dotyka, a one, jak psa na linie puścić nie chcą.
W pierwszej chwili nie rozumiała. No bo jak to? Nie umarł? Ale też nie żyje? Gdzie tu logika, gdzie sens? Trzymany pomiędzy dwoma światami w wiecznym zawieszaniu, a oni nic, nic nie mogą zrobić.
Dopytywała się, latała za Wojownikami. Ale odpowiedzi nie dostała.
Leżał na łóżku w jednym z wojowniczych domów, choć oni pozostali w namiotach, nikt przy nim nie czuwał.
Waliła go w twarz, kopała w brzuch. Wylewała nań zimną wodę, kładła pod kocami. Próbowała wszystkiego, nic nie działało. A gdy wynurzała się z domku, gotowa by zdać relację z poczynań, przy wejściu nikt nie czekał. Nikogo nie obchodziło.
Życie wracało do normy. Wyszkoleni obozowicze wybierali się na misje. Zabijano resztki potworów. Ot, tyle. Wojna się skończyła, czego jeszcze? Ofiary zawsze były, są i będą. Ot, tyle.
Ale ona nie potrafiła. Wciąż pytała, wciąż szukała, próbowała. Latała tam i z powrotem, z wzgórza do domku, z domku na wzgórze. Patrzyła na dwójkę uśpionych, i zastanawiała się, czy jak jedno się wybudzi, to drugie także?
Piękna Pani, jak zaczęto nazywać Gaję, leżała uśpiona wśród ziemi. Sama była ziemią. Zjednoczyła się całkowicie z naturą. Wbrew woli, ale… Jednak.
A Alfa? Wojownik zawsze chciał śmierci. Chciał odejść, pozwolić by o nim zapomniano. I owszem, zapominano. Ale Mojry nie skończyły swej roboty. Zabrały życie, ale też nie całkiem. Oszukały.
Córka Ateny rozpaczliwie doszukiwała się w tym jakiegoś większego sensu. Nie chciała, nie mogła pozwolić na to, żeby to wszystko stało się ot tak, dlatego. Bo gdy tylko dopuszczała do siebie myśl, że to było przyziemne, ludzkie, że to nie miało żadnego znaczenie, brzmiało to po prostu jak chory żart. Kpina.
Alfa. Alfa. Jeśli Alfa miała być początkiem, to zabrakło Omegi.
Ale w pewnym momencie okazało się, że Omega nie miała zamiaru się pojawić.
- Ann.
Cisza.
- Annabeth! Chodź! – Do jej uszu dobiegł naglący głos.
Na wpół przytomna puściła bladą dłoń Alfy i uniosła wzrok. W drzwiach stała Thalia, i wpatrywała się w nią oczekująco, ale jednocześnie z troską. Zupełnie, jakby wiedziała co zaraz ma się zdarzyć, i wiedziała, że nie będzie to przyjemne dla blondynki.
- O co chodzi? Czy coś się stało?
Córka Zeusa skrzywiła się lekko, widząc dłoń dziewczyny, splecioną z chłopaka, ale powstrzymała się od komentarza i skierowała wzrok, gdzie indziej.
- Chodź. Wyjeżdżają. Musimy się pospieszyć.
Annabeth pokiwała głową parę razy, po czym wstała i otrzepała się z pyłu.
- No dobrze. – Wzięła głęboki oddech i uśmiechnęła się, albo przynajmniej spróbowała uśmiechnąć się pokrzepiająco, choć to ona tego pokrzepienia bardziej w tej chwili potrzebowała. – Dobrze. Pomóż mi.
- W czym?
- Jak to w czym? Trzeba zanieść Alfę.
I córka Ateny zaczęła owijać ciało chłopaka w długi, zielony koc, zupełnie jakby miała go przywlec na odlot Wojowników.
- Co ty wyprawiasz? - Thalia podeszła szybko do dziewczyny i przytrzymała ją za dłoń. - Jeśli chcesz go wziąć, to nie zawijaj w jakieś koce, tylko po prostu zawołaj o pomoc. Idź po jakiś faunów, albo lepiej satyrów, oni są bardziej pomocni.
Annabeth pokiwała głową, najwyraźniej przyznając Thalii rację, i wybiegła z domku.
Córka Zeusa, gdy tylko upewniła się, że dziewczyny nie ma już w zasięgu wzroku, zrobiła parę kroków do przodu, aż w końcu stanęła naprzeciwko Wojownika.
- Percy... Coś ty zrobił?
- Mówiłaś coś? - Dziewczyna odwróciła się gwałtownie, by spostrzec Annabeth i dwójkę satyrów stojących w wejściu.
- Słucham?
- Czy mówiłaś coś.
- Nie, nie! Po prostu... - Dziewczyna rozejrzała się niepewnie, aż w końcu jej wzrok padł na dwójkę satyrów. - Chodźcie, pomożecie nam go przenieść.
Natychmiast wyszła z domku, omijając zdziwioną Annabeth. Czekała przed domkiem parę chwil, aż w końcu pozostali wynurzyli się z niego i wszyscy razem ruszyli.
Tworzyli dziwny orszak. Prowadziła go Annabeth, uśmiechająca się ciągle i raz po raz mówiąca coś do przechodzących. Tuż za nią dwójka satyrów niosła na noszach ciało Alfy, a ich twarze wyrażały całkowity spokój. Cały pochód zamykała Thalia. Córka Zeusa wyglądała na niespokojną, i co chwilę rozglądała się, jakby miało ją jakie widmo zaatakować.
Po głowie dziewczyny krążyło pytanie, i jak złośliwy diabeł, nie chciało jej opuścić. Nikt jej tego nie mówił wprost, ale też nikt nie zaprzeczył. Poza tym sam fakt, że to Annabeth wyszła z inicjatywą przyprowadzenia Alfy, a nie Wojownicy, mówił sam za siebie. Ale wciąż, Thalia nie była pewna. A już z pewnością nie miała pojęcia, jak zareaguje na to blondynka, które przez ostatnie tygodnie działała jakby w pewnym amoku.
Przyspieszyła kroku, aż w końcu zrównała się z dziewczyną.
- Ann?
- Tak? - Córka Ateny zapytała z uśmiechem. - Co masz taką minę?
- No, bo... wiesz. Wojownicy wyjeżdżają.
- Wiem.
- To ... dobrze?
Annabeth przystanęła i machnęła ręką na satyrów, żeby szli dalej. Gdy zniknęli już z pola widzenia, chwyciła Thalię za ramiona i obróciła twarzą do siebie.
- Czego mi nie mówisz? - zapytała ostro.
Córka Zeusa zmarszczyła brwi.
- Słucham?
- Czego mi nie mówisz?
- Ależ, Annabeth, ja nie wiem o co ci chodzi.
Blondynka wlepiła wzrok w brunetkę. Próbowała odgadnąć o co chodzi tej drugiej, aż w końcu rozwiązanie samo wpadło jej do głowy.
- Wciąż kochasz Percy'ego.
Dziewczyna cofnęła się do tyłu o dwa kroki.
- Słucham?
Annabeth zamknęła oczy, po czym chwyciła dziewczynę za dłoń, i zaczęła iść. Znała obóz jak własną kieszeń i nogi same kierowały ją tam gdzie trzeba. Nie mogła otworzyć oczu, bo nie była w stanie spojrzeć na twarz brunetki. Mogła tylko iść, wyobrażając sobie, że mówi sama do siebie, i to sobie udziela rozkazów, nie dziewczynie obok.
- Percy zawsze był dla ciebie kimś ważnym. Przyjacielem. Więcej niż przyjacielem. I szło całkiem gładko przez pewien okres czasu, a potem... wszystko się spieprzyło. No i trzeba było przetrwać, więc przetrwałaś. Ale teraz wszystko jeszcze bardziej się poplątało. Nie wiadomo było czy Percy żyje, jak nie, to dlaczego, co się z nim stało, a jak tak, to gdzie, jak, czy wróci. No a potem w paradował Alfa, jakoby król świata, w niczym nie przypominający Percy'ego. A potem bach! Wielka niespodzianka! Alfa to Percy! - Zaśmiała się gorzko. Poczuła, jak dłoń Thalii wysuwa się z jej własnej, ale zacisnęła uścisk. - I teraz okazało się, że Alfa jednak nie żyje, a Gaja została pokonana. Potem przybywa Ethan i Tanya, i zaczynają gadać, że on nie jest martwy, ale też nie żywy, i że ma za dużo życia by umrzeć, ale za mało, by powrócić. Wszystko staje na głowie, starasz się go obudzić, ale nikt się nie przejmuje.
Zatrzymała się i spojrzała Thalii prosto w oczy.
- Nieważne kogo, albo jak bardzo byśmy kochały. Nie pomożemy ani Alfie, ani Percy'emu. Nie jesteśmy w stanie. I dlatego to dobrze, że Wojownicy go zabierają. Bo może tam uda im się go obudzić, albo... to drugie. Więc to dobrze, Thalia, rozumiesz? To dobrze.
Spojrzała na nią, a dziewczyna zacisnęła usta. Po chwili pokiwała głową, aż w końcu obydwie ruszyły przed siebie w milczeniu.
Kiedy w końcu dotarły na polanę, tuż przed wejściem do lasu, dookoła nie było nikogo. Albo inaczej, nie było nikogo z obozu. Obok siebie stały dwa gigantyczne poduszkowce, które Annabeth zobaczyła po raz pierwszy, w chwili przybycia Wojowników do obozu. Przywodziły jej na myśl statki kosmiczne z filmów science- fiction, które kiedyś lubiła oglądać. Wojownicy chodzili wte i wewte, zanosząc różne rzeczy na pokład statku. Jedynie Chejron stał przy wejściu i rozmawiał gorączkowo z Chaosem, podczas gdy Tanya i Ethan, który był teraz dowódcą pilnowali pozostałych. Dwójka satyrów, którzy przynieśli ciało Alfy, złożyła nosze tuż obok rozmawiających, ale nie oddaliła się zbyt daleko, zupełnie jakby przypuszczała, że zaraz będzie potrzebna.
- Hej, patrz. - Thalia szepnęła do ucha dziewczynie. - Przyszli.
Blondynka obróciła się lekko w prawo i zobaczyła na skraju lasu grupkę przyjaciół, chowających się w cieniach drzew. Grover, Page i Nico, z czego ci ostatni trzymali się za ręce. Machnęła na nich ręką i zaraz cała trójka podeszła.
- Jak się trzymasz? - zapytała Page, uśmiechając się zmartwiona. - W porządku?
- Tak. - odpowiedziały jednocześnie, ona i Thalia. Brunetka natychmiast spuściła wzrok, ale córka Ateny całkowicie to zignorowała.
- Chejron kłóci się z Chaosem o Alfę, tak? Chce, żeby tu został?
Obecni nagle zaczęli z wielkim zainteresowaniem przyglądać się szczegółom swojej odzieży.
- Heej? Czego mi nie mówicie?
- No bo... - Page spojrzała na Thalię i kiwnęła lekko głową.- Rzeczywiście kłócą się o to, gdzie Alfa ma zostać, ale... Lepiej sama posłuchaj.
Niepewna, co przyjaciele mają na myśli, dziewczyna podeszła bliżej do statku. Minęła ciało Alfy i wtedy doszły ją strzępki rozmowy.
- ...nie możesz!
- To moje ostatnie słowa. Nie chcemy go.
Ku przerażeniu dziewczyny te ostatnie słowa wypowiedział Chaos.
- Co...?
Dwójka rozmawiających jakby dopiero teraz ją dostrzegła. Chejron wyglądał na zmieszanego, a Chaos wręcz przeciwnie, na znudzonego.
- Kłócicie się o to, z kim ma nie zostać?
- Annabeth, proszę cię, ja...
- Nie! - Krzyknęła dziewczyna, cofając się do tyłu, przed rękami centaura. Zamiast tego wlepiła spojrzenie w Chaosa. - Chcesz go tutaj zostawić? Przecież nie ma tu żadnych szans! Musicie go wyleczyć!
- Dziecko, nie wiesz, o czym mówisz... - Zaczął mężczyzna poirytowanym głosem.
- Nie! To ty nie wiesz, o czym mówisz! Wydaje ci się, że jak masz taką wielką moc, to wolno ci decydować o życiu innych, albo w ogóle nie przejmować się ich losem! - Zaczęła krzyczeć, nie dostrzegając coraz ciemniejszego spojrzenia Chaosu, nie dostrzegając tego, że dookoła zaczęło się wyczuwać mroczną energię. Ignorowała to wszystko, po raz pierwszy wyżywając się na tym, który był za to wszystko odpowiedzialny. Dookoła Wojownicy zatrzymali się, i wpatrywali się w nią w szoku, ale ona myślała tylko o tym, jak bardzo go nienawidzi, jak bardzo chce, żeby pochłonęło go całe zło tego świata. Płonące kule w jego oczodołach ciemniały, i ciemniały coraz bardziej, aż w końcu ich srebro całkowicie przemieniło się w czerń. A w tej czerni panował szał, porządek, nienawiść, miłość, agonia, pustka i wściekłość. Chaos.
- Ja wszystko jej wytłumaczę. - Z tyłu dobiegł ją czyiś głos, i zaraz została uchwycona w mocny uścisk stalowych ramion. Ktoś ciągnął ją w głąb lasu, a choć kopała i wierzgała się, to nie chciał jej puścić. Przyjaciele stali i nie wykonali ani kroku by jej pomóc. Po prostu patrzyli, ale nie w jej oczy. Wszędzie, ale nie w jej oczy.
W końcu gdy sprzed oczu zniknął jej poduszkowiec, i została posadzona na wielkim kamieniu, zobaczyła twarz swojego oprawcy.
- Ethan?! Co ty mi tu robisz?!
- Spokojnie! - Chłopak uniósł ręce do góry. - Najpierw ci wyjaśnię, a potem będziesz darła się na kogokolwiek chcesz.
Rzuciła mu wrogie spojrzenie, ale nie odezwała się, co chłopak uznał za zgodę do kontynuowania. Usiadł na ziemi, i zaczął opowiadać:
- Kiedyś Chaos zniknął na bardzo długi czas. My, Wojownicy, musieliśmy radzić sobie sami, pod rozkazami Rafindylli. Ona była... niezwykła. I była naszą przywódczynią, tak jak potem Alfa. Była niesamowita. W każdym widziała to, co było w nim najważniejsze. Natychmiast wiedziała, kto nadawał się na przywódcę, a kto nie. I kiedy Chaos wrócił i przedstawił nam Alfę, natychmiast wzięła go pod swoje skrzydła. Później okazało się, że to ona poradziła Chaosowi zwerbowanie go.
- Uczyniła mnie swoim zastępcą. Ale cały czas Alfa brał udział w akcjach, a w tych samych Tanya, i w pewien sposób zaprzyjaźniliśmy się wszyscy. Wtedy Alfa został moim zastępcą, a Tanya była tuż pod nim. Ale kiedyś Raf została zaatakowana przez Krzyżówkę. Bardzo silną. Ale dobrze sobie radziła, i myśleliśmy, że przeżyje. Ale Chaos wiedział. Uczynił Alfę przywódcą, i nagle wszystko stanęło na głowie. Nikt nie wiedział czemu, z jakiego powodu. Ja sam byłem wściekły. Raz, bo Chaos zupełnie skreślił Raf, a dwa, że Alfa dostał stanowisko. W nocy, gdy przechodziła ostatnie stadium, czuwał przy niej. Ale ona wybrała życie, przez co...
- Umarła.
- Tak. Umarła. I gdy Alfa wychodził ze szpitala, już wiedzieliśmy. Chcieliśmy z nim porozmawiać, ja i Tanya, ale przed nami uciekał. W końcu złapaliśmy go na jednym z korytarzy, gdzie spadł mu kaptur. Był tego dnia tak słaby, że nie miał siły zmieniać swojego wyglądu. Wydało się. Powiedział nam wszystko, a my rozumieliśmy go jak nikt, bo sami pochodzimy od greckich bogów.
- Kto..?
- Tanya od Demeter, ja od Eosa.
Zapanowała cisza, w czasie której Annabeth próbowała przyswoić do siebie wszystkie nowo nabyte informacje.
- Alfa był przybity przez jakiś tydzień, a potem ugryzła go krzyżówka. Byliśmy pewni, że umrze, ale nie. Nie umarł. Gdy pierwszy raz otworzył oczy, zapytał się nas czy jest tu Rafindylla. Tanya była przekonana, że dopadła go amnezja, że nie pamięta, że Raf umarła. I skłamała. Ale ja powiedziałem, że Raf nie żyje. Ale nawet wtedy się tym nie przejął. Wciąż pytał czy jest tu, czy nie. Chciał, żeby tu była, bo wtedy to by oznaczyło, że on też nie żyje. A żył.
- Potem dostał amoku. Szukał sposobów na śmierć, aż w końcu znalazł. Biblioteka Nihil esse est. Tam gdzie są odpowiedzi na wszystko.
- W niebycie?
- W niebycie, czyli wszędzie *. Ale rzecz w tym, że znalazł tam księgę. Pokazał nam ją. To była księga, która żądała zapłaty światłem, ponieważ sama przepełniona była tylko mrokiem. Ale nie potrafiliśmy odczytać jej liter. Tylko jeden Alfa umiał. Nie chciał powiedzieć co mówi, tylko tyle, że zawiera odpowiedzi na wszystko co go dręczy. Wyjaśniał rzeczy ogólnikowo, tak byśmy mnie więcej się orientowali. Potem nauczył nas tego pisma, ale pomimo tego, jakoś wciąż nie umierał, więc nie szukaliśmy znowu księgi. Aż do paru tygodni temu. Kiedy na wzgórzu okazało się, że Gaja została pokonana, natychmiast wiedzieliśmy, że trzeba będzie znaleźć tą księgę.
- I co w niej było? - wyszeptała dziewczyna.
- Tajemnice nieśmiertelności. Zagadki śmierci. I... O tym, że wszystko zależy od mocy człowieka. I był tam kontrakt, który Alfa podpisał z księgą wiele lat temu. Że jeśli znajdzie godnego przeciwnika, to straci nieśmiertelność.
Chłopak urwał, a Annabeth spostrzegła, że wstrzymywała oddech.
- Więc, dlaczego...?
- Kiedy oddawał moc Gai, nie wiedział, że był w tym wszystkim haczyk. Stracił nieśmiertelność, ale nie zyskał śmiertelności. Oddał za mało życia by umrzeć, i za dużo by żyć. I teraz tkwi pośrodku i nie można zrobić niczego. Chaos nie jest w stanie mu pomóc, po za tym nie chce.
- Ale...
- Posłuchaj, Annabeth. Jeśli Alfa ma szansę się gdzieś wybudzić, to bardziej z nami. Tam jest większa moc, więcej nieśmiertelności, mógłby pójść w tamtą stronę.
- W takim razie dlaczego...
- On chciał umrzeć! - Chłopak poderwał się, a za nim dziewczyna. Miał dość tego wszystkiego, a ona usilnie starała się to zrozumieć, choć była zbyt oszołomiona, żeby zrobić to sama. - Po to ci to wszystko mówiłem! Alfa zawsze chciał umrzeć, zawsze! To było jego marzeniem! A jeśli się obudzi? Co wtedy? Nie wiemy czy będzie mógł umrzeć, czy nie. I o to w tym wszystkim chodzi. Dlatego go nie chcemy.
Ethan zaczął iść, ale dziewczyna nie miała zamiaru odpuścić. Zaczęła go gonić, choć z trudem dotrzymywała mu kroku.
- Ale gdyby się obudził. Nie chcielibyście go wtedy?
- Nie.
Dziewczyna zatrzymała się.
- Nie?
- Miał być przyszłym Chaosem. Teraz nim już nie będzie.
- Dlaczego? - wyszeptała.
- Bo... - Chłopak urwał i zaczął iść z powrotem, tym razem sam. Ale gdy był już na skraju lasu, odwrócił się i choć dzieliło ich dwadzieścia metrów, to słyszała go tak wyraźnie, jakby szeptał jej do ucha.
- Przestał być Wojownikiem. I przestał być Alfą. Teraz nie jest nawet Percy'm. Jest... nikim.
Zniknął jej z oczu, a potem słyszała już tylko warkot poduszkowca, który unosił się w powietrze, ale bez swojego dowódcy.
Soundtrack : Badly Drawn Boy - In Safe Hands
Dedykowane Hestii
Rozdział XVI
Annabeth w pewnym momencie stwierdziła, że to musiało być zapisane gdzieś w gwiazdach. Fata ewidentnie zaplanowały każdy, nawet najmniejszy szczegół i to z okrutną wręcz dokładnością.
Gdy patrzyła na nieruchomo spoczywające ciało Alfy, była w stanie wręcz usłyszeć śmiech trzech staruszek. Na ramionach, twarzy , ustach chłopaka widać było ślad ich zmarszczonych dłoni, które postanowiły raz jeszcze zadrwić ze śmiertelności.
Ni żywy, ni martwy. Ni zazna spokoju, ni dotknie rozpaczy. Tak blisko Hadesu, już palcami bramy dotyka, a one, jak psa na linie puścić nie chcą.
W pierwszej chwili nie rozumiała. No bo jak to? Nie umarł? Ale też nie żyje? Gdzie tu logika, gdzie sens? Trzymany pomiędzy dwoma światami w wiecznym zawieszaniu, a oni nic, nic nie mogą zrobić.
Dopytywała się, latała za Wojownikami. Ale odpowiedzi nie dostała.
Leżał na łóżku w jednym z wojowniczych domów, choć oni pozostali w namiotach, nikt przy nim nie czuwał.
Waliła go w twarz, kopała w brzuch. Wylewała nań zimną wodę, kładła pod kocami. Próbowała wszystkiego, nic nie działało. A gdy wynurzała się z domku, gotowa by zdać relację z poczynań, przy wejściu nikt nie czekał. Nikogo nie obchodziło.
Życie wracało do normy. Wyszkoleni obozowicze wybierali się na misje. Zabijano resztki potworów. Ot, tyle. Wojna się skończyła, czego jeszcze? Ofiary zawsze były, są i będą. Ot, tyle.
Ale ona nie potrafiła. Wciąż pytała, wciąż szukała, próbowała. Latała tam i z powrotem, z wzgórza do domku, z domku na wzgórze. Patrzyła na dwójkę uśpionych, i zastanawiała się, czy jak jedno się wybudzi, to drugie także?
Piękna Pani, jak zaczęto nazywać Gaję, leżała uśpiona wśród ziemi. Sama była ziemią. Zjednoczyła się całkowicie z naturą. Wbrew woli, ale… Jednak.
A Alfa? Wojownik zawsze chciał śmierci. Chciał odejść, pozwolić by o nim zapomniano. I owszem, zapominano. Ale Mojry nie skończyły swej roboty. Zabrały życie, ale też nie całkiem. Oszukały.
Córka Ateny rozpaczliwie doszukiwała się w tym jakiegoś większego sensu. Nie chciała, nie mogła pozwolić na to, żeby to wszystko stało się ot tak, dlatego. Bo gdy tylko dopuszczała do siebie myśl, że to było przyziemne, ludzkie, że to nie miało żadnego znaczenie, brzmiało to po prostu jak chory żart. Kpina.
Alfa. Alfa. Jeśli Alfa miała być początkiem, to zabrakło Omegi.
Ale w pewnym momencie okazało się, że Omega nie miała zamiaru się pojawić.
- Ann.
Cisza.
- Annabeth! Chodź! – Do jej uszu dobiegł naglący głos.
Na wpół przytomna puściła bladą dłoń Alfy i uniosła wzrok. W drzwiach stała Thalia, i wpatrywała się w nią oczekująco, ale jednocześnie z troską. Zupełnie, jakby wiedziała co zaraz ma się zdarzyć, i wiedziała, że nie będzie to przyjemne dla blondynki.
- O co chodzi? Czy coś się stało?
Córka Zeusa skrzywiła się lekko, widząc dłoń dziewczyny, splecioną z chłopaka, ale powstrzymała się od komentarza i skierowała wzrok, gdzie indziej.
- Chodź. Wyjeżdżają. Musimy się pospieszyć.
Annabeth pokiwała głową parę razy, po czym wstała i otrzepała się z pyłu.
- No dobrze. – Wzięła głęboki oddech i uśmiechnęła się, albo przynajmniej spróbowała uśmiechnąć się pokrzepiająco, choć to ona tego pokrzepienia bardziej w tej chwili potrzebowała. – Dobrze. Pomóż mi.
- W czym?
- Jak to w czym? Trzeba zanieść Alfę.
I córka Ateny zaczęła owijać ciało chłopaka w długi, zielony koc, zupełnie jakby miała go przywlec na odlot Wojowników.
- Co ty wyprawiasz? - Thalia podeszła szybko do dziewczyny i przytrzymała ją za dłoń. - Jeśli chcesz go wziąć, to nie zawijaj w jakieś koce, tylko po prostu zawołaj o pomoc. Idź po jakiś faunów, albo lepiej satyrów, oni są bardziej pomocni.
Annabeth pokiwała głową, najwyraźniej przyznając Thalii rację, i wybiegła z domku.
Córka Zeusa, gdy tylko upewniła się, że dziewczyny nie ma już w zasięgu wzroku, zrobiła parę kroków do przodu, aż w końcu stanęła naprzeciwko Wojownika.
- Percy... Coś ty zrobił?
- Mówiłaś coś? - Dziewczyna odwróciła się gwałtownie, by spostrzec Annabeth i dwójkę satyrów stojących w wejściu.
- Słucham?
- Czy mówiłaś coś.
- Nie, nie! Po prostu... - Dziewczyna rozejrzała się niepewnie, aż w końcu jej wzrok padł na dwójkę satyrów. - Chodźcie, pomożecie nam go przenieść.
Natychmiast wyszła z domku, omijając zdziwioną Annabeth. Czekała przed domkiem parę chwil, aż w końcu pozostali wynurzyli się z niego i wszyscy razem ruszyli.
Tworzyli dziwny orszak. Prowadziła go Annabeth, uśmiechająca się ciągle i raz po raz mówiąca coś do przechodzących. Tuż za nią dwójka satyrów niosła na noszach ciało Alfy, a ich twarze wyrażały całkowity spokój. Cały pochód zamykała Thalia. Córka Zeusa wyglądała na niespokojną, i co chwilę rozglądała się, jakby miało ją jakie widmo zaatakować.
Po głowie dziewczyny krążyło pytanie, i jak złośliwy diabeł, nie chciało jej opuścić. Nikt jej tego nie mówił wprost, ale też nikt nie zaprzeczył. Poza tym sam fakt, że to Annabeth wyszła z inicjatywą przyprowadzenia Alfy, a nie Wojownicy, mówił sam za siebie. Ale wciąż, Thalia nie była pewna. A już z pewnością nie miała pojęcia, jak zareaguje na to blondynka, które przez ostatnie tygodnie działała jakby w pewnym amoku.
Przyspieszyła kroku, aż w końcu zrównała się z dziewczyną.
- Ann?
- Tak? - Córka Ateny zapytała z uśmiechem. - Co masz taką minę?
- No, bo... wiesz. Wojownicy wyjeżdżają.
- Wiem.
- To ... dobrze?
Annabeth przystanęła i machnęła ręką na satyrów, żeby szli dalej. Gdy zniknęli już z pola widzenia, chwyciła Thalię za ramiona i obróciła twarzą do siebie.
- Czego mi nie mówisz? - zapytała ostro.
Córka Zeusa zmarszczyła brwi.
- Słucham?
- Czego mi nie mówisz?
- Ależ, Annabeth, ja nie wiem o co ci chodzi.
Blondynka wlepiła wzrok w brunetkę. Próbowała odgadnąć o co chodzi tej drugiej, aż w końcu rozwiązanie samo wpadło jej do głowy.
- Wciąż kochasz Percy'ego.
Dziewczyna cofnęła się do tyłu o dwa kroki.
- Słucham?
Annabeth zamknęła oczy, po czym chwyciła dziewczynę za dłoń, i zaczęła iść. Znała obóz jak własną kieszeń i nogi same kierowały ją tam gdzie trzeba. Nie mogła otworzyć oczu, bo nie była w stanie spojrzeć na twarz brunetki. Mogła tylko iść, wyobrażając sobie, że mówi sama do siebie, i to sobie udziela rozkazów, nie dziewczynie obok.
- Percy zawsze był dla ciebie kimś ważnym. Przyjacielem. Więcej niż przyjacielem. I szło całkiem gładko przez pewien okres czasu, a potem... wszystko się spieprzyło. No i trzeba było przetrwać, więc przetrwałaś. Ale teraz wszystko jeszcze bardziej się poplątało. Nie wiadomo było czy Percy żyje, jak nie, to dlaczego, co się z nim stało, a jak tak, to gdzie, jak, czy wróci. No a potem w paradował Alfa, jakoby król świata, w niczym nie przypominający Percy'ego. A potem bach! Wielka niespodzianka! Alfa to Percy! - Zaśmiała się gorzko. Poczuła, jak dłoń Thalii wysuwa się z jej własnej, ale zacisnęła uścisk. - I teraz okazało się, że Alfa jednak nie żyje, a Gaja została pokonana. Potem przybywa Ethan i Tanya, i zaczynają gadać, że on nie jest martwy, ale też nie żywy, i że ma za dużo życia by umrzeć, ale za mało, by powrócić. Wszystko staje na głowie, starasz się go obudzić, ale nikt się nie przejmuje.
Zatrzymała się i spojrzała Thalii prosto w oczy.
- Nieważne kogo, albo jak bardzo byśmy kochały. Nie pomożemy ani Alfie, ani Percy'emu. Nie jesteśmy w stanie. I dlatego to dobrze, że Wojownicy go zabierają. Bo może tam uda im się go obudzić, albo... to drugie. Więc to dobrze, Thalia, rozumiesz? To dobrze.
Spojrzała na nią, a dziewczyna zacisnęła usta. Po chwili pokiwała głową, aż w końcu obydwie ruszyły przed siebie w milczeniu.
Kiedy w końcu dotarły na polanę, tuż przed wejściem do lasu, dookoła nie było nikogo. Albo inaczej, nie było nikogo z obozu. Obok siebie stały dwa gigantyczne poduszkowce, które Annabeth zobaczyła po raz pierwszy, w chwili przybycia Wojowników do obozu. Przywodziły jej na myśl statki kosmiczne z filmów science- fiction, które kiedyś lubiła oglądać. Wojownicy chodzili wte i wewte, zanosząc różne rzeczy na pokład statku. Jedynie Chejron stał przy wejściu i rozmawiał gorączkowo z Chaosem, podczas gdy Tanya i Ethan, który był teraz dowódcą pilnowali pozostałych. Dwójka satyrów, którzy przynieśli ciało Alfy, złożyła nosze tuż obok rozmawiających, ale nie oddaliła się zbyt daleko, zupełnie jakby przypuszczała, że zaraz będzie potrzebna.
- Hej, patrz. - Thalia szepnęła do ucha dziewczynie. - Przyszli.
Blondynka obróciła się lekko w prawo i zobaczyła na skraju lasu grupkę przyjaciół, chowających się w cieniach drzew. Grover, Page i Nico, z czego ci ostatni trzymali się za ręce. Machnęła na nich ręką i zaraz cała trójka podeszła.
- Jak się trzymasz? - zapytała Page, uśmiechając się zmartwiona. - W porządku?
- Tak. - odpowiedziały jednocześnie, ona i Thalia. Brunetka natychmiast spuściła wzrok, ale córka Ateny całkowicie to zignorowała.
- Chejron kłóci się z Chaosem o Alfę, tak? Chce, żeby tu został?
Obecni nagle zaczęli z wielkim zainteresowaniem przyglądać się szczegółom swojej odzieży.
- Heej? Czego mi nie mówicie?
- No bo... - Page spojrzała na Thalię i kiwnęła lekko głową.- Rzeczywiście kłócą się o to, gdzie Alfa ma zostać, ale... Lepiej sama posłuchaj.
Niepewna, co przyjaciele mają na myśli, dziewczyna podeszła bliżej do statku. Minęła ciało Alfy i wtedy doszły ją strzępki rozmowy.
- ...nie możesz!
- To moje ostatnie słowa. Nie chcemy go.
Ku przerażeniu dziewczyny te ostatnie słowa wypowiedział Chaos.
- Co...?
Dwójka rozmawiających jakby dopiero teraz ją dostrzegła. Chejron wyglądał na zmieszanego, a Chaos wręcz przeciwnie, na znudzonego.
- Kłócicie się o to, z kim ma nie zostać?
- Annabeth, proszę cię, ja...
- Nie! - Krzyknęła dziewczyna, cofając się do tyłu, przed rękami centaura. Zamiast tego wlepiła spojrzenie w Chaosa. - Chcesz go tutaj zostawić? Przecież nie ma tu żadnych szans! Musicie go wyleczyć!
- Dziecko, nie wiesz, o czym mówisz... - Zaczął mężczyzna poirytowanym głosem.
- Nie! To ty nie wiesz, o czym mówisz! Wydaje ci się, że jak masz taką wielką moc, to wolno ci decydować o życiu innych, albo w ogóle nie przejmować się ich losem! - Zaczęła krzyczeć, nie dostrzegając coraz ciemniejszego spojrzenia Chaosu, nie dostrzegając tego, że dookoła zaczęło się wyczuwać mroczną energię. Ignorowała to wszystko, po raz pierwszy wyżywając się na tym, który był za to wszystko odpowiedzialny. Dookoła Wojownicy zatrzymali się, i wpatrywali się w nią w szoku, ale ona myślała tylko o tym, jak bardzo go nienawidzi, jak bardzo chce, żeby pochłonęło go całe zło tego świata. Płonące kule w jego oczodołach ciemniały, i ciemniały coraz bardziej, aż w końcu ich srebro całkowicie przemieniło się w czerń. A w tej czerni panował szał, porządek, nienawiść, miłość, agonia, pustka i wściekłość. Chaos.
- Ja wszystko jej wytłumaczę. - Z tyłu dobiegł ją czyiś głos, i zaraz została uchwycona w mocny uścisk stalowych ramion. Ktoś ciągnął ją w głąb lasu, a choć kopała i wierzgała się, to nie chciał jej puścić. Przyjaciele stali i nie wykonali ani kroku by jej pomóc. Po prostu patrzyli, ale nie w jej oczy. Wszędzie, ale nie w jej oczy.
W końcu gdy sprzed oczu zniknął jej poduszkowiec, i została posadzona na wielkim kamieniu, zobaczyła twarz swojego oprawcy.
- Ethan?! Co ty mi tu robisz?!
- Spokojnie! - Chłopak uniósł ręce do góry. - Najpierw ci wyjaśnię, a potem będziesz darła się na kogokolwiek chcesz.
Rzuciła mu wrogie spojrzenie, ale nie odezwała się, co chłopak uznał za zgodę do kontynuowania. Usiadł na ziemi, i zaczął opowiadać:
- Kiedyś Chaos zniknął na bardzo długi czas. My, Wojownicy, musieliśmy radzić sobie sami, pod rozkazami Rafindylli. Ona była... niezwykła. I była naszą przywódczynią, tak jak potem Alfa. Była niesamowita. W każdym widziała to, co było w nim najważniejsze. Natychmiast wiedziała, kto nadawał się na przywódcę, a kto nie. I kiedy Chaos wrócił i przedstawił nam Alfę, natychmiast wzięła go pod swoje skrzydła. Później okazało się, że to ona poradziła Chaosowi zwerbowanie go.
- Uczyniła mnie swoim zastępcą. Ale cały czas Alfa brał udział w akcjach, a w tych samych Tanya, i w pewien sposób zaprzyjaźniliśmy się wszyscy. Wtedy Alfa został moim zastępcą, a Tanya była tuż pod nim. Ale kiedyś Raf została zaatakowana przez Krzyżówkę. Bardzo silną. Ale dobrze sobie radziła, i myśleliśmy, że przeżyje. Ale Chaos wiedział. Uczynił Alfę przywódcą, i nagle wszystko stanęło na głowie. Nikt nie wiedział czemu, z jakiego powodu. Ja sam byłem wściekły. Raz, bo Chaos zupełnie skreślił Raf, a dwa, że Alfa dostał stanowisko. W nocy, gdy przechodziła ostatnie stadium, czuwał przy niej. Ale ona wybrała życie, przez co...
- Umarła.
- Tak. Umarła. I gdy Alfa wychodził ze szpitala, już wiedzieliśmy. Chcieliśmy z nim porozmawiać, ja i Tanya, ale przed nami uciekał. W końcu złapaliśmy go na jednym z korytarzy, gdzie spadł mu kaptur. Był tego dnia tak słaby, że nie miał siły zmieniać swojego wyglądu. Wydało się. Powiedział nam wszystko, a my rozumieliśmy go jak nikt, bo sami pochodzimy od greckich bogów.
- Kto..?
- Tanya od Demeter, ja od Eosa.
Zapanowała cisza, w czasie której Annabeth próbowała przyswoić do siebie wszystkie nowo nabyte informacje.
- Alfa był przybity przez jakiś tydzień, a potem ugryzła go krzyżówka. Byliśmy pewni, że umrze, ale nie. Nie umarł. Gdy pierwszy raz otworzył oczy, zapytał się nas czy jest tu Rafindylla. Tanya była przekonana, że dopadła go amnezja, że nie pamięta, że Raf umarła. I skłamała. Ale ja powiedziałem, że Raf nie żyje. Ale nawet wtedy się tym nie przejął. Wciąż pytał czy jest tu, czy nie. Chciał, żeby tu była, bo wtedy to by oznaczyło, że on też nie żyje. A żył.
- Potem dostał amoku. Szukał sposobów na śmierć, aż w końcu znalazł. Biblioteka Nihil esse est. Tam gdzie są odpowiedzi na wszystko.
- W niebycie?
- W niebycie, czyli wszędzie *. Ale rzecz w tym, że znalazł tam księgę. Pokazał nam ją. To była księga, która żądała zapłaty światłem, ponieważ sama przepełniona była tylko mrokiem. Ale nie potrafiliśmy odczytać jej liter. Tylko jeden Alfa umiał. Nie chciał powiedzieć co mówi, tylko tyle, że zawiera odpowiedzi na wszystko co go dręczy. Wyjaśniał rzeczy ogólnikowo, tak byśmy mnie więcej się orientowali. Potem nauczył nas tego pisma, ale pomimo tego, jakoś wciąż nie umierał, więc nie szukaliśmy znowu księgi. Aż do paru tygodni temu. Kiedy na wzgórzu okazało się, że Gaja została pokonana, natychmiast wiedzieliśmy, że trzeba będzie znaleźć tą księgę.
- I co w niej było? - wyszeptała dziewczyna.
- Tajemnice nieśmiertelności. Zagadki śmierci. I... O tym, że wszystko zależy od mocy człowieka. I był tam kontrakt, który Alfa podpisał z księgą wiele lat temu. Że jeśli znajdzie godnego przeciwnika, to straci nieśmiertelność.
Chłopak urwał, a Annabeth spostrzegła, że wstrzymywała oddech.
- Więc, dlaczego...?
- Kiedy oddawał moc Gai, nie wiedział, że był w tym wszystkim haczyk. Stracił nieśmiertelność, ale nie zyskał śmiertelności. Oddał za mało życia by umrzeć, i za dużo by żyć. I teraz tkwi pośrodku i nie można zrobić niczego. Chaos nie jest w stanie mu pomóc, po za tym nie chce.
- Ale...
- Posłuchaj, Annabeth. Jeśli Alfa ma szansę się gdzieś wybudzić, to bardziej z nami. Tam jest większa moc, więcej nieśmiertelności, mógłby pójść w tamtą stronę.
- W takim razie dlaczego...
- On chciał umrzeć! - Chłopak poderwał się, a za nim dziewczyna. Miał dość tego wszystkiego, a ona usilnie starała się to zrozumieć, choć była zbyt oszołomiona, żeby zrobić to sama. - Po to ci to wszystko mówiłem! Alfa zawsze chciał umrzeć, zawsze! To było jego marzeniem! A jeśli się obudzi? Co wtedy? Nie wiemy czy będzie mógł umrzeć, czy nie. I o to w tym wszystkim chodzi. Dlatego go nie chcemy.
Ethan zaczął iść, ale dziewczyna nie miała zamiaru odpuścić. Zaczęła go gonić, choć z trudem dotrzymywała mu kroku.
- Ale gdyby się obudził. Nie chcielibyście go wtedy?
- Nie.
Dziewczyna zatrzymała się.
- Nie?
- Miał być przyszłym Chaosem. Teraz nim już nie będzie.
- Dlaczego? - wyszeptała.
- Bo... - Chłopak urwał i zaczął iść z powrotem, tym razem sam. Ale gdy był już na skraju lasu, odwrócił się i choć dzieliło ich dwadzieścia metrów, to słyszała go tak wyraźnie, jakby szeptał jej do ucha.
- Przestał być Wojownikiem. I przestał być Alfą. Teraz nie jest nawet Percy'm. Jest... nikim.
Zniknął jej z oczu, a potem słyszała już tylko warkot poduszkowca, który unosił się w powietrze, ale bez swojego dowódcy.
Rozdział XV
Nie mam wiele do powiedzenia. Naprawdę. Cyba tyle,że nie jestem zadowolona z tego rozdziału, a ponadto okazał się być dużo krótszy, niż myślałam, że będzie.
No i jeszcze jedno. W ciągu dokładnie dwóch tygodni kończę. Za dwa tygodnie ta historia nie będzie miała już nowych rozdziałów. Zostało nam ich dwa, nie licząc poniższego, i epilog. Więc ... wiecie.
Chyba pozostaje mi tylko zaprosić do czytania. Jakoś nie czuję się, żeby dawać dedykacje.
Soundtrack :
25 - Farewell To Dobby - Harry Potter and the Deathly Hallows Soundtrack (Alexandre Desplat) watch?v=GhtZB96yWNQ
Rozdział XV
- Ethan? Jesteś pewien, że to w tę stronę? – zapytała Tanya, przy kolejnym skręceniu w inny korytarz. – Bo wiesz, ja naprawdę nie chcę się tutaj zgubić.
- No i się nie zgubisz. Wiem, gdzie idę.
Dziewczyna uniosła ręce w górę.
- Okej! Okej. Ale jeśli zgubimy się tutaj na śmierć, to będę winić tylko i wyłącznie ciebie, i przez cały czas będę ci to wypominać.
- Wiem.
Stanęli przed kolejnym rozgałęzieniem korytarzy. Tanya mogłaby przysiąc, że gdyby nie podnosiła wzroku to otoczenie wyglądałoby jak zwykły hal, przedpokój. Ale za każdym razem, gdy unosiła głowę, widziała zamiast sufitu niebo, albo coś niebo-podobnego. Wiedziała, że podskakiwanie w górę nie ma sensu; nawet Ethan, który był przecież synem Eosa, nie mógł wnieść się tutaj w powietrze. Ale za każdym razem odczuwała taką gwałtowną, trudną do oparcia pokusę, aby jednak wziąć i …
- Nawet o tym nie myśl. – Zimny głos blondyna ściągnął ją na ziemię, dosłownie i w przenośni. – Dobrze wiesz, że jest to całkowicie pozbawione sensu.
Prychnęła.
- Czemu ty musisz być taki…! – Urwała, szukając odpowiedniego słowa. - Zachowujesz się zupełnie inaczej niż Raf.
Natychmiast pożałowała swych słów, gdy tylko dobiegło ją ostre spojrzenie chłopaka.
- Nie wspominaj o Rafindylli.
Na korytarzu panuje absolutna cisza. Słychać tylko czyiś spokojny, równomierny oddech.
Blondyn wpatruje się nieruchomo w białe drzwi sali szpitalnej. Czeka.
W pewnym momencie ciszę przerywają czyjeś pospieszne kroki; zza rogu wyłania się czarnoskóra dziewczyna.
- Co z …?
- Nie wiadomo. Wciąż tam siedzi.
Dziewczyna kiwa głową. Już ma podejść bliżej, gdy nagle szpitalne drzwi otwierają się z hukiem. Z wyjścia wynurza się ciemna postać w kapturze. Przez chwilę panuje cisza.
- Alfa?
Nie reaguje. Dziewczyna zerka niepewnie na blondyna, po czym powoli zbliża się do postaci. W końcu jest tuż przed nią.
- Alfa? Czy Raf…?
Nie kończy pytania, bo zna już odpowiedź. Dziewczyna chce tylko usłyszeć jakieś zaprzeczenie, cień nadziei. Tak, tak, Rafindylla, wasza najlepsza przyjaciółka, została ukąszona przez najgroźniejszą krzyżówkę, ale nie ma co się martwić, wyjdzie z tego.
Ale niczego takiego nie słychać. Czarnoskóra nie wytrzymuje i zrzuca kaptur z głowy Alfy. Ale zamiast błękitnych oczu, do których tak się przyzwyczaiła, widzi zielone, morskie.
- … Alfa…?
Skręcili w kolejny korytarz. Dziewczyna już dawno się zgubiła i może tylko mieć nadzieję, że syn Eosa wie, dokąd zmierza.
Wszyscy Wojownicy wyszli już z Sali, idą powiadomić Chaos'a. Została tylko ich dwójka; czekają na jego wybudzenie. I w końcu powieki chłopaka rozwierają się, i już po chwili patrzy na nich para niebieskich oczu.
- Ethan…? Tanya…? Co wy tu robicie? – Jego głos jest zachrypnięty i tym trudniej jest wytrzymać, słuchając go. Dziewczyna przykłada dłoń do ust chłopaka i kręci głową, uśmiechając się lekko.
- Nie powinieneś teraz mówić. Musisz odpocząć. Udało ci się przeżyć.
W oczach Alfy nie dostrzega tego, czego się spodziewała, ale ignoruje to. Chłopak wyraźnie chce coś powiedzieć, ale ona kręci głową.
- Musisz odpocząć. Potem będziemy odpowiadać na twoje pytania.
Ale on skupia na sobie jej wzrok i patrzy rozpaczliwie. Dziewczyna niechętnie zdejmuje dłoń z jego ust.
- No dobrze. Ale tylko jedno pytanie.
Ethan podchodzi blisko i teraz oboje pochylają się nad chorym, tylko po to, by ten nie musiał nadwyrężać głosu.
- Czy… Czy jest tu, z nami … Raf?
Tanya nie potrzebuje czasu na zastanowienie się nad odpowiedzią.
- Nie, niestety musiała coś załatwić, ale jak tylko skończy, to…
- Rafindylla nie żyje. – Przerywa jej bezlitośnie Ethan. Tanya obrzuca Wojownika ostrym spojrzeniem pełnym wyrzutu, ale on ją ignoruje. Nie zamierza kłamać, i nie zamierza pozwolić, by jego przyjaciel było okłamywany.
Ale Alfa zdaje się nie na to czekać, i zupełnie go to nie dotyka.
- Ale… Czy jest tu z nami? Czy Raf… jest tu z nami…?
Para wymienia zaniepokojone spojrzenia.
- Nie… Nie ma jej tu.
Nadzieja w oczach chłopaka gaśnie.
- Wiesz… Nie musiałeś się wtedy wtrącać, gdy…
- Gdy kłamałaś?
Tanya zatrzymała się oburzona.
- Wcale nie kłamałam! Chciałam tylko, żeby przez chwilę był szczęśliwy, zanim…
- Zanim co, Tanya? Przecież Alfa wiedział, że Rafindylla nie żyje. On chciał się tylko dowiedzieć, czy on też.
- Nie mów tak.
- Nie mów jak, Tanya? Nie mów jak? – Ethan zatrzymał się. Jednym ruchem ręki obrócił dziewczynę twarzą do siebie i zacisnął dłonie na jej ramionach. – Chciał umrzeć! Podporządkował temu wszystko! Nie mów, że nie pamiętasz.
Z je ust wydobył się tylko cichy szept.
- Pamiętam.
Przez chwilę żadne z nich nic nie mówiło, aż w końcu Tanya niezręcznie wysunęła się z uścisku chłopaka.
- Chodźmy.
Ruszyła przed siebie, ale gdy on pozostał w miejscu, zatrzymała się i machnęła na niego ręką, zniecierpliwiona.
- No co?
- Chyba już jesteśmy.
I nagle, jak za dotykiem czarodziejskiej różdżki wszystko się zmieniło. Podłoga osunęła się spod ich stóp, ściany zniknęły, i zaraz zalała ich fala światła.
Spadali.
Gdy w końcu otworzyli oczy, znaleźli się w nicości. Dosłownie. Wszędzie dookoła panowała istna pustka. I tylko jedna, jedna jedyna rzecz, której szukali.
Parę metrów przed nimi, albo może parędziesiąt, unosiło się w górze czarne, opasłe tomisko. Nie miało napisanego autora, czy chociażby tytułu. Całe, nawet stare, poniszczone stronnice, oblane było czernią, która idealnie kontrastowała z bielą otoczenia. Z wnętrza księgi emanowała energia, kusząc by wyciągnąć rękę i spróbować jej dotknąć.
- To tutaj – szepnęła Tanya, próbując zrobić krok do przodu.
- Czekaj.
I jak na zawołanie spod ich stóp wysunęła się biała, niekończąca się podłoga. Zaraz wyrosły z niej cztery ściany, układając się wokół pary w idealny kwadrat. Nigdzie nie było drzwi, ani okien. Byli zamknięci w białym sześcianie.
- To tutaj! To musi być tutaj. Ostatnio też tak było, prawda? Chodźmy!
Dziewczyna pociągnęła mocno za dłoń chłopaka, i wspólnie zrobili krok do przodu. Byli teraz naprzeciw czarnej księgi i żadne z nich nie było do końca pewne, co mają teraz zrobić.
Przez jakiś czas panowała cisza. W oczy biło im oślepiające, białe światło, a nogi uginały się ze strachu. Ale nic nie zrobili. Czekali.
I wtedy zaczęło się. Księga drgnęła. Najpierw trochę w lewo, potem trochę w prawo. Uniosła się o parę cali i opadła. Zaczęła drżeć, mocniej i mocniej, i zaraz cała sala się trzęsła.
A wtedy rozległ się straszliwy wrzask i tomisko otworzyło się.
W parę uderzyła głęboka czerń, która zdawała się wciągać ich i wciągać. Ściany malały i zbliżały się do środka pokoju, robiąc go coraz mniejszym i mniejszym. Białe światło znikało w czeluściach przedmiotu, a dookoła robiło cię coraz zimniej. Aż w końcu, księga wydała z siebie ostatnie tchnienie i wchłonęła całą jasność.
Zapanowała ciemność.
Tanya ścisnęła dłoń Ethana, tylko po to by upewnić, że chłopak wciąż przy niej jest. Uścisk został odwzajemniony.
I wtedy czarne stronnice księgi wrzasnęły. Para odskoczyła do tyłu, a przed nimi uformowały się świetlne znaki, wijąc się w skomplikowane wzory. Cały czas słychać było przeraźliwy krzyk księgi, oddającej swoją wiedzę.
- Tanya, już! Już wiemy, musimy iść!
Ale napisy wciąż biły ich w oczy i zdawały się rosnąć, rosnąć i rosnąć, aż w końcu całkowicie ich pochłonęły.
Gdy otworzyli oczy, znaleźli się znów w bibliotece, na tym samym korytarzu, na którym wcześniej zniknęli. Dookoła panowała absolutna cisza, i dosięgnąć mogło ich już jedynie zimno.
Przez chwilę panowała cisza, ale gdy tylko ich spojrzenia się skrzyżowały, już wiedzieli.
- Musimy powiedzieć Chaosowi.
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)