poniedziałek, 31 grudnia 2012

Rozdział XI



Śpieszyłam się niemiłosiernie bo miałam dokładnie sześć godzin na napisanie tego rozdziału. Dzisiaj w południu wykradłam tacie Ipada (bezczelna ja), a miałam postanowienie, ze wstawię o północy.
I wstawiłam.

Dziękuje za liczne komentarze, przepraszam, że na nie nie odpowiem, ale miałam nóż na gardle. Nie zdążyłam nawet tego przeczytać raz jeszcze!

Informuję was, że przegapiłam odliczanie. Pierwszą sekundę nowego roku spędziłam biegnąc po schodach na niebotycznie wysokich szpilkach, tylko po to by się dorwać do komputera. Stłukłyśmy z przyjaciółkami parę kieliszków (dosłownie ), wylałyśmy szampana na biurko...

Wszystko dla was.

Jest 2013 r.

Mam nadzieję, że to będzie szczęśliwa trzynastka i tego wam życzę.

Mówią, że to co się zdarzy w Sylwester będzie się działo przez cały rok.

W takim razie ten rok spędzę pisząc. Biegnąc w szpilkach i krótkich spodenkach po mrozie, byle tylko zobaczyć fajerwerki, słysząc przekleństwa Niki nad uchem, i jej zapowiedzi, że mnie zabije. Tucząc kieliszki. Niszcząc drogi sprzęt. Tańcząc.

I chyba mi to odpowiada.

A wy? Jaki będzie was szczęśliwy trzynasty? :)

Rozdział XI

Tej nocy Annabeth spędziła wiele godzin, po prostu patrząc się na domek Posejdona. Nie weszła, nie zapukała. Po prostu stała.

I było jej z tym dobrze. Odczuwała dziwny spokój, jakby nienaturalny. Cały żal, wściekłość, niedowierzanie i wszystko inne co się w niej kłębiło po prostu... wyparowało.

W końcu wróciła do swojego domku i usiadła przed biurkiem z wszystkimi jej zapiskami i dokumentami.

Nie wiedziała ile tak siedziała, ale gdy zegar na biurku wskazał ósmą, wstała, zdeterminowana, by ujawnić prawdziwą tożsamość Alfy.

Dopiero, gdy szła do Wielkiego Domu, dotarło do niej, jak wielkie to ma znaczenie. Chłopak oszukał ich wszystkich, manipulował nimi, drwił z nich. Z każdą chwilą jej gniew rósł, a ona nie mogła się doczekać, gdy w końcu znajdzie mu ujście.

Ale najgorsze w tym wszystkim było to, że była tego pewna. Wszystkie czynniki potwierdzały jej teorię, każdy nawet najmniejszy szczegół.

Alfa twierdził, że ma ponad tysiąc lat. Wtedy nie widziała żadnego połączenia pomiędzy nim, a Percy'm bo, zawsze wyobrażała sobie tego drugiego, jako siedemnastolatka, ale przecież ona sama w tym roku skończyła tysiąc trzy lata!

Alfa wcześniej był półbogiem, który odszedł z obozu, bo bogowie go zdradzili. Pasowało! W końcu, co jak co, ale Percy mógł się poczuć zdradzony… Na chwilę jej pewność siebie została zastąpiona wstydem, który jednak bardzo szybko się ulotnił. Wszystko zasłaniało jej, jak na ironię losu, poczucie zdrady, której dopuścił się wobec niej chłopak, nie zdradzając kim tak naprawdę jest.

A mogła się domyśleć! Był przyjacielem Page, którego poznała poza obozem. Annabeth dobrze wiedziała, że Page rzadko wychodziła ze schronienia. A przecież, gdy była mała i przybyła do obozu, ciągle opowiadała o tym, jak jej wielki brat, uratował ją przed atakiem smoka.

A na dodatek Alfa wyraźnie ciepło się odnosił się w stosunku do Thalii i Nica, których teoretycznie rzecz biorąc, nie powinien wcześniej w ogóle znać!

- Annabeth? - usłyszała za sobą. Odwróciła się napięcie i jak na zawołanie zobaczyła Thalię, Nica, Page i Grovera. To właśnie satyr do niej zawołał. Jej dawny przyjaciel natychmiast do niej podbiegł i ku jej zdziwieniu chwycił ją w objęcia.

- Grover? - zapytała powoli. - Czy coś się stało?

Satyr odsunął ją od siebie na odległość ramienia i zaśmiał się nerwowo. - Czy coś się stało? Nie wiedzieliśmy czy jeszcze żyjesz!

- Naprawdę?

Zaraz wokół niej stanęli pozostali półbogowie. Thalia przez chwilę wpatrywała się w nią w uwagą, po czym ostentacyjnie odwróciła głowę, jakby udawała, że córki Ateny wcale tam nie ma. Nico miał nieprzenikniony wyraz twarzy, a Page, która stała najbardziej na uboczu lekko się uśmiechała.

-Oczywiście, że tak! Och, Annabeth! - Grover znowu mocno ją objął. Niezręcznie poklepała go po plecach, a na jej twarz wpłynął delikatny uśmiech. Chyba odzyskała przyjaciela. - Alfa wczoraj pojawił się z tobą w sali tronowej, i powiedział, że zaatakowała cię jakaś krzyżówka!

- Och. No tak. - Annabeth pokiwała głową. Była tak pochłonięta myślą o Alfie będącym Percy'm, że całkowicie zapomniała o ataku potwora. - Mówił coś jeszcze?

- Tak. - Po raz pierwszy odezwał się Nico.

- A konkretnie?

- Powiedział, że to czy wrócisz zależy od ciebie samej. Że to ty wybierzesz czy wolisz życie lub śmierć. - Odparł spokojnie, jakby była to najnormalniejsza rzecz na świecie.

Annabeth poczuła, jak na jej twarz wypływa rumieniec. - Och. Jak widać wybrałam życie. - mruknęła, nie patrząc na nikogo.

- Nie byliśmy tego tacy pewni. - W końcu odezwała się Thalia. Annabeth natychmiast podniosła wzrok i napotkała powściągliwe spojrzenie dziewczyny. Była Łowczyni po prostu patrzyła na nią w skupieniu, ale Annabeth wyczuwała coś jeszcze. Może lekki strach? Żal...? - Grover był przekonany, że czułaś się tak samotna, że postanowiłaś się zabić. - Dodała beznamiętnie. Annabeth spojrzała po kolei na każdego, ale wszyscy mieli taki sam wyraz twarzy.

- Zrozumieliśmy, że... Nie ma co chować dawnych uraz. Percy zniknął ... - Głos Grovera załamał się na chwilę, a oczy Thalii ściemniały - Ale już czas byśmy o tym zapomnieli i poszli dalej. W końcu on i tak nigdy tu już nie wróci, a ty... Jesteś naszą przyjaciółką, pomimo wszystkiego. I nie chcemy stracić też ciebie.

Annabeth przez chwilę stała nieruchomo. Nie wiedziała co ma powiedzieć.

Spojrzała pytająco na Nica. Usta zadrgały mu w czymś, co można było uznać za półuśmiech, i już wiedziała, że on jej wybaczył. Page kiwnęła głową zachęcająco, a Grover wpatrywał się w nią błagalnie. Jedynie Thalia pozostała niewzruszona i nie wykonała żadnego ruchu, mającego świadczyć o to, że zgadza się ze zdaniem reszty. Ale także nie zaprzeczyła.

- Jasne. - Uśmiechnęła się w końcu słabo Annabeth. - Tęskniłam za wami.

Ku jej zdziwieniu Nico objął ją niezręcznie, a zaraz po nim Page, z którą córka Ateny nigdy przecież nie była blisko.

- Właśnie szliśmy do Wielkiego Domu - powiedział Grover, gdy w końcu znowu zaczęli iść.

- Naprawdę? - Zdziwiła się Annabeth. - Po co?

- Jest narada. Nie wiedziałaś? - Nico spojrzał na nią podejrzenie. - Przecież szłaś w tamtą stronę.

Teraz cała czwórka wlepiała w nią spojrzenie.

- Ja .. Chciałam się zobaczyć z Chejronem.

- Och. Chciałaś z nim o czymś porozmawiać? - zapytał się zaciekawiony Grover.

Annabeth zawahała się. Mogła im teraz wszystko powiedzieć. Mogła im powiedzieć o Alfie i o jej przypuszczeniach na temat jego prawdziwej tożsamości. Mogła im powiedzieć, że wszystkich ich oszukał, że wcale nie był taki wspaniały

- Zrozumieliśmy, że... Nie ma co chować dawnych uraz. Percy zniknął ... Ale już czas byśmy o tym zapomnieli i poszli dalej. W końcu on i tak nigdy tu już nie wróci, a ty... Jesteś naszą przyjaciółką, pomimo wszystkiego. I nie chcemy stracić też ciebie.

- Nie. - Skłamała. - Chciałam się po prostu zapytać, co się działo, gdy byłam... niedysponowana. O niczym innym nie chciałam rozmawiać.

Gdy w końcu doszli do Wielkiego Domu i weszli na spotkanie, Anbaeth została wylewnie przywitana przez większość jego członków. Nie była na to w najmniejszym stopniu przygotowana, ale ucieszyła się. W myślach przyznała rację Alfie. Jednak miała tu przyjaciół.

Gdy wszyscy już usiedli i upewnili się, ze córka Ateny jest cała i zdrowa, a Chejron poinformował ich, że czekają jeszcze tylko na Alfę, Annabeth zerknęła na Thalię.

Córka Zeusa wydawała się być z całego towarzystwa najbardziej niezadowolona. Siedziała w kącie z rękami założonymi na rękach i nie odzywała się do nikogo. Podczas gdy cała reszta zasypywała Annabeth wieściami dotyczącymi planu Alfy, ona jedna nie robiła nic. Zachowywała się zupełnie, jak wtedy gdy obydwie dziewczyny wciąż były ze sobą skłócone.

A może wciąż jesteśmy?, zapytała się siebie Annabeth. W końcu Thalia nie odezwała się do niej ani słowem, nie wykonała żadnego gestu w jej stronę, nie zrobiła właściwie niczego, co miałoby sugerować, że jej wybaczyła. Po prostu cały czas milczała.

Annabeth zagryzła wargi. Musiała się uporać z (nie)istniejącą przyjaźnią z córką Zeusa, problemem Alfy/Percy'ego i na dodatek nadchodzącą wojną.

Normalka.

I właśnie wtedy przez drzwi przeszedł Alfa, ubrany w czarny kaptur.

Annabeth natychmiast zaczęła dokładnie analizować każdy jego ruch, porównując go z tymi, zapamiętanymi wcześniej u Percy'ego.

Można było powiedzieć, że mieli ten sam chód. Z naciskiem jednak na „można", bo córka Ateny zbytnio nie pamiętała, jak chodził jej były chłopak. W końcu nie było to coś do czego przywiązywała zbytnio wagę.

Ale mieli podobną budowę ciała. Prawie ten sam wzrost. Alfa wydawał się być minimalnie niższy.

- Przepraszam za spóźnienie, ale musiałem załatwić coś ważnego. – oznajmił chłopak i szybko usiadł koło Chejrona. Głos. Mieli podobny głos. Co prawda Alfy był bardziej basowy, niż barytonowy Percy'ego, ale wciąż.

- Mój drogi, może zdjąłbyś ten okropny kaptur z głowy. – zasugerował stary centaur. – Będzie nam łatwiej się porozumiewać.

Alfa zamiast zaprotestować, jak większość spodziewała się, że zrobi, zdjął z głowy czarny kaptur. Oczom zgromadzonych ukazała się ta sama w twarz co wcześniej. Czarne włosy, niebieskie oczy. Nic nadzwyczajnego.

Annabeth zaklęła w duszy. Całkowicie zapomniała o tym, że przecież Alfa już raz pokazał jej swoją twarz.

Ale wtedy w nią uderzyło. Przecież Percy mógł zmienić swój wygląd. Po za tym… Przyjrzała się bliżej twarzy Alfy i ze zdumieniem coś na niej rozpoznała.

Nos. Chłopak miał dokładnie taki sam nos jak Percy. Annabeth nie miała co do tego cienia wątpliwości, bo dobrze pamiętała, że Percy nos odziedziczył po ojcu, a w końcu dziewczyna spędziła wiele godzin na projektowaniu posągu boga.

Gdy dziewczyna przyglądnęła się bliżej Wojownikowi dostrzegła inne podobieństwa. Obaj chłopcy mieli równie pełne wargi, i taką samą linię szczęki. Z każdą chwilą Annabeth widziała coraz więcej Percy'ego w Alfie.

To musiał być on. Nie było innej opcji.

- Czy dokonaliście selekcji? – Dobiegł ją głos Percy'ego/Alfy.

- Tak.

-Ustanowiliście też, który bóg będzie walczył, z którym herosem?

- Tak. Zeus z...

- Nie musisz mi mówić. - Przerwał mu Wojownik. - Ważne żebyście wy wiedzieli co i jak. A teraz... Plan bitwy.

Jeśli do tej pory ktoś go nie słuchał, to właśnie zaczął.

- Nie wiemy dokładnie, jak działają bariery ochronne obozu, teraz gdy potwory się przez nie przedarły, ale moi ludzie dowiedzieli się, że najsłabszy jest fragment przy sośnie Thalii. Tam prawdopodobnie zjawi się Gaja z armią. Gdy tylko wkroczą do obozu zaatakujcie. Pamiętajcie macie ich tylko zająć. Oczywiście możecie ich zabić, ale nie poświęcajcie się dla tego. Rozumiecie?

Zgromadzeni pokiwali głową.

- Ja w tym czasie pokonam Gaję. Gdy tytani i giganci spostrzegą, że ich matka poległa, poddadzą się, lub zaczną uciekać. Wygrana będzie nasza.

Nie uszło uwadze Annabeth, że Alfa/Percy był bardzo pewny siebie. Nie było żadnych wątpliwości co do tego, że był przekonany o ich wygranej. Annabeth nie była pewna czy to dobrze czy źle.

- No dobrze, ale jak masz zamiar sprawić, że się tutaj pojawią? Wyślesz im zaproszenie, czy co?

Twarz chłopaka nie wyrażała żadnych emocji.

- Już wysłałem. O ile się nie mylę, są już przy barierze.

- CO?!

Wszyscy zebrani natychmiast rzucili się do wyjścia i wybiegli na zewnątrz przekonani, że zaraz zobaczą armie potworów z tytanami na czele.

Ale nikogo takiego nie było. Natomiast wszędzie dało się dostrzec obozowiczów, którzy pałętali się bezczynnie po obozie, nie mając pojęcia co ze sobą zrobić i Wojowników Chaosu pomiędzy nimi.

Annabeth zmarszczyła brwi. Z Wielkiego Domu spokojnie wychodził Alfa w ogóle nie wyglądając na zdenerwowanego.

- Jesteś pewien? - Spojrzała pytająco na chłopaka. Ten jednak nie odpowiedział, tylko wbił wzrok w jakiś punkt na horyzoncie. Annabeth podążyła za jego spojrzeniem i dostrzegła coś wielkiego zbliżającego się w ich stronę.

- To potwory! - Krzyknęła. Alfa zmarszczył brwi, a po chwili wyraz jego twarzy zmienił się diametralnie.

- Nie. To nie potwory. To woda.

I rzeczywiście. To co Annabeth wcześniej uznała po prostu za harde potworów, okazywało się być wielką falą wody, która zbliżała się do nich w zastraszającym tempie.

- Zaleje obóz! - Rozejrzała się spanikowana. - Gdzie są dzieci Posejdona?

Nikt się nie ruszył. Wszyscy stali, jak zamrożeni.

- LUDZIE CO JEST Z WAMI?! ZARAZ SIĘ WSZYSCY UTOPIMY!

Wywołało to nieco inny efekt, jaki chciała. Ludzie zaczęli krzyczeć i uciekać, tworząc Chaos. Annabeth z trudem przedarła się do Page.

- Page! Gdzie jest Daniel?! Niech powstrzyma tę falę!

- Nie wiem! Uciekł!

Annabeth poczuła, jak ogarnia ją wściekłość. Typowy Daniel! Naprawdę jeśli wszyscy przez niego zginą, to ona wytropi go i zabije!

- Ją ją powstrzymam. - Dobiegł dziewczynę głos Page

- Ty?

- Zapomniałaś chyba, że też jestem dzieckiem Posejdona.

- Ale...

- Annabeth, mam prawie tysiąc lat. I nie zamierzam dać zginąć moim przyjaciołom.

I zanim Annabeth mogłaby ją powstrzymać, pobiegła przed siebie i stanęła po środku chaosu, tuż przed zbliżającą się falą. Rozpostarła dłonie, ale nic się nie wydarzyło.

Fala wody w końcu przedarła się przez bariery ochronne i zaczęła spływać ze wzgórza, zatapiając drzewa i porywając wszystko na swojej drodze.

Do Page dołączyli jej bracia i siostry i wszyscy stanęli w podobnej pozycji co ona, wytężając wszystkie siły. Woda prawie niewidocznie zwolniła.

Co teraz poczniecie herosi? Wyzywacie mnie do walki, a nie jesteście w stanie sobie poradzić z czymś takim, jak mała fala?

Wszyscy obozowicze zamarli, jak jeden mąż. Nikt już nie krzyczał ani nie biegał. Od śmierci dzieliło ich parę sekund i jedyną rzeczą, którą zdawali się słyszeć był ryk potężnej fali, która otoczyła ich i już zalewała, już pochłaniała, już...

I nagle wszystko się zatrzymało. Wszystko.

Woda stanęła, tworząc wodny mur otaczający ludzi. Energia buzowała w nim i wręcz błagała o wypuszczenie, o uwolnienie...

Page i jej rodzeństwo przez chwilę wpatrywało się w zdumieniu w mur wody, stojący milimetry przed nimi, ale Annabeth już wiedziała, że to nie oni byli jego sprawcą.

Był nim Alfa stojący za nimi. Z jego czoła spływały krople potu,a twarz zmarszczona była w wysiłku. Nogi drżały mu i wyglądał, jakby zaraz miał upaść i zemdleć.

Ale wtedy zacisnął mocniej ręce i zamknął oczy, a fala wody zaczęła się powoli cofać, centymetr po centymetrze. Teraz wszyscy skupili na nim swój wzrok.

Nagle coś zaczęło się zmieniać. Chłopak zaczął rosnąć, a włosy wydłużyły mu się. Twarz zrobiła się bardziej owalna, czoło zmniejszyło się.

Woda zaczęła wsiąkać w ziemię.

A więc dobrze Percy Jacksonie. Przyjmuję wyzwanie. Przybędę o zmierzchu.

Chłopak otworzył zielone oczy, a Annabeth zdała sobie sprawę, że patrzy w twarz byłego chłopaka.

- Percy?

niedziela, 30 grudnia 2012

Rozdział X



Ten będzie króciutki. Na początku miał być razem z rozdziałem IX, ale jako, że jest zmiana punktu widzenia, zdecydowałam się na dwa osobne rozdziały.

W tym rozdziale wyjaśnię w końcu o co chodzi z tą śmiercią - nie śmiercią Annabeth, więc mam nadzieję, że zobaczę liczne komentarze, gdzie powiecie mi co myślicie. Będą wyjaśnienia, przemyślenia, niedomówienia… Istny raj dla czytelników . Dobra, żartuję.

I mam taką prośbę. Czy możemy dobić do 45 komentarzy? Wiem, że to sporo, jak na was, ale dla mnie to naprawdę wiele znaczy, i nie powiem, sprawia, że piszę znacznie szybciej.

Soundtrack : Znowu muzyka z Harry'ego Pottera : na youtube : Harry Potter (1-7) - Epic Music Mix (HD). Trwa około piętnaście minut. w w w. yo utu be wat ch?v=VSXRDvezTg0 ( Bez spacji, oczywiście )
Cóż mogę poradzić? Jest genialna i przy tym jest całkiem niezłą inspiracją. A jak już kiedyś mówiłam, nie jestem w stanie napisać czegokolwiek, bez dobrego podkładu muzycznego. Albo można sobie jeszcze puścić Rihanna – Diamonds. Też będzie dobrze :)

Dłużej nie przeciągam i zapraszam.

A nawiasem mówiąc, zostały nam około ( nie licząc poniższego, oczywiście ) ... Trzy lub dwa rozdziały.

Rozdział X

( już dziesiąty! Chyba jakaś rocznica powinna być, nie?)


Krzyki.

Krzyki pełne zawodu.

Jęki cierpienia.

Rozpacz w oczach.

Smutek w spojrzeniu.

Annabeth nie mogła już tego wytrzymać. Nie wiedziała ile już spada, a wciąż nie widziała końca otchłani. Jeżeli tak miało wyglądać bycie martwym, jeżeli miała całą wieczność spadać w ciemność...

Chciała tylko trochę spokoju. Żeby wszystko po prostu ... Umilkło.

Ale zamiast tego wszystko się nasiliło. Czuła każdy ból, jakby był jej własnym. Każdy jęk . Każde cierpienie.

W końcu sama zaczęła krzyczeć, nie mogąc przestać.

Nie mogąc przestać.

Niech wszystko ustanie.

Zamilknie.

Niech wszystko przestanie.

Niech wszystko zamilknie.

Zamilknie.

Zamilknie!

Nagle poczuła ostry ból, silniejszy niż wszystkie pozostałe razem wzięte.

Otworzyła oczy i zaczęła przeraźliwie wrzeszczeć.

A potem runęła w jasność.

Gdy otworzyła oczy, wciąż krzyczała. W jednej chwili znowu poczuła, że ma ciało, że leży na czymś co miało kształt.

Odetchnęła. Może w końcu umarła? Może jej prośby zostały wysłuchane.

Usłyszała czyjeś głośne kroki, a po chwilę zobaczyła niewyraźną postać. Natychmiast się podniosła, nabierając jednocześnie drogocenny tlen. Zmrużyła oczy i dopiero wtedy rozpoznała postać.

- Alfa? - Co tu robił Wojownik Chaosu? Rozglądnęła się ze strachem. Dopiero teraz zdała sobie sprawę, że siedzi na łóżku, koło którego stał... parawan? Znajdowała się w jakimś półotwartym pomieszczeniu, a z daleka widziała gwiazdy na czarnym niebie. - Co się dzieje?

Ku jej zdziwieniu chłopak zaklął siarczyście. Może on był martwy i wściekał się, że ona też?

- Czy ja ...? Czy ja umarłam?

Na twarzy Alfy pojawił się smutny półuśmiech. Uśmiechnęła się w duchu. Czyli umarła. Mogła wreszcie odpocząć, mogła... Ale wtedy chłopak pokręcił głową.

- Nie. Nie umarłaś.

Zamarła. Poczuła, jak coś ściska ją w środku, a jej ciało ogarnia żal. Nie umarła. Nie umarła, nie umarła, nie umarła, nie...?

- Nie? - powtórzyła cicho. - Nie?

- Nie.

Chłopak usiadł koło niej, a ona dopiero teraz zarejestrowała, że jest bez kaptura.

- Ale... Przecież... Wpadłam w otchłań. Wpadłam w otchłań! - Powtórzyła bezsensownie. - Sama się tam rzuciłam! Mogłam wybrać życie, mogłam wybrać te obrazy, albo mogłam wybrać śmierć i wybrałam śmierć! - Zaczęła szybko oddychać, poczuła, jak kręci jej się w głowie.

Alfa patrzył na nią uważnie.

- Annabeth, posłuchaj...

- Nie! - krzyknęła, trzęsąc się. - Skoczyłam w tą otchłań, skoczyłam w śmierć i otoczyły mnie te krzyki i ból, i te spojrzenia i umierałam i ja... To miała być kara, to miała być kara i teraz miałam odpocząć, miałam... - Zaczęła się plątać, rozpaczliwie próbując przywołać to, co już zniknęło.

- Annabeth!

Zamarła, słysząc srogi ton chłopaka. Wpatrywał się w nią ze złością, ale po chwili wyraz jego twarzy zmienił się na bardziej miękki. Usiadł przy niej i chwycił ją za ramiona.

- Posłuchaj. Musisz mi dokładnie opowiedzieć, co widziałaś, a ja wszystko ci wyjaśnię. Dobrze? - Jego spojrzenie przewiercało ją na wylot i zdołała tylko skinąć lekko głową. - Dobrze. - Zdjął dłonie z jej ramion.

Annabeth przez sekundę wpatrywała się tępo w ścianę, po czym spuściła wzrok na własne dłonie i zaczęła mówić.

- Ja... nie pamiętam wszystkiego dokładnie, ale... na pewno najpierw był ogień, a potem pojawiły się takie obrazy.

- Jakie obrazy?

- No... - Dziewczyna urwała, czując, jak rumieniec wpływa na jej twarz. - To nie do końca były obrazy, bardziej... wizje. Byli na nich różni ludzie, właściwie to wszyscy byliśmy na plaży. Wszyscy śmiali się, cieszyli, rozmawiali. Wszyscy byli ... - urwała, a po chwili na jej twarzy pojawił się smutny uśmiech.

- Jacy byli? - Chłopak naciskał na nią.

- Szczęśliwi. Byli szczęśliwi.

Alfa przez chwilę wpatrywał się w nią, a wyraz jego twarzy były nieodgadniony.

- No co?

- Nic. – Wzruszył ramionami. - Co było dalej?

- Ja… uznałam, że… Że oni symbolizują życie. Byłam tego pewna, ale… - urwała, nie chcąc dokańczać, nie chcąc pokazać, jak bardzo żałosna była.

- Chciałaś umrzeć.

Podniosła szybko głowę i spojrzała na Alfę.

Chłopak nie wydawał się być z tego powodu zły, zawiedziony, czy chociaż smutny. Patrzył na nią z pewnego rodzaju ciekawością, i z … współczuciem? Zupełnie, jakby było mu przykro, że jednak nie umarła.

- Tak. Chciałam umrzeć. Cofnęłam się o krok i wtedy zalała mnie ciemność. Wpadłam w jakąś otchłań i otoczyły mnie krzyki, jęki, i ból, i … - urwała, nie chcąc przywoływać wspomnienia. – Byłam pewna, że to śmierć. A potem się obudziłam. Co to wszystko znaczy? Czemu nie umarłam? Przecież rzuciłam się w śmierć, prawda?

Alfa pokręcił głową.

- Nie. Rzecz w tym, że nie.

- Czyli…?

Alfa westchnął.

- Nam ludziom, wydaje się, że życie jest drogocenne. I jest. Problem tkwi jednak w tym, że życie teraz, życie jako człowiek, jest tak naprawdę niewiele warte.

- Co masz na myśli? – zapytała Annabeth, przeczuwając do czego zmierza chłopak.

- Mam na myśli to, że otchłań, w którą się rzuciłaś, symbolizowała życie. Była pełna cierpienia, bólu, niesprawiedliwości. Zakładam, że tylko gdzieniegdzie dostrzegłaś radość.

Annabeth pokiwała głową, oszołomiona.

- A te obrazy, które widziałam. Tych ludzi, to szczęście. To była… śmierć?

Wojownik pokiwał głową.

Przez chwilę oboje siedzieli w ciszy. W pewnym momencie Alfa wstał i zaczął wychodzić ze szpitala.

- Alfa…? – Dobiegł go głos dziewczyny.

Odwrócił się i spojrzał na nią wyczekująco.

- Tak?

- Skąd… Skąd ty o tym wiesz? Czy domyśliłeś się tego wszystkiego, gdy miałeś podjąć decyzję?

Wpatrywała się w niego niepewnie, ale jego odpowiedź miała mieć dla niej duże znaczenie. Alfa przez parę sekund stał w milczeniu.

- Moi przyjaciele w pewnym momencie zaczęli masowo umierać przez zatrucie jadem Krzyżówki. Gdy stało się to i mnie, byłem zdeterminowany, by przeżyć. Pamiętam, że Chaos odwołał wtedy wszystkie operację, a Wojownicy czuwali przy mnie cały czas. - Uśmiechnął się delikatnie, przywołując wspomnienie. – I przetrwałem. Aż w końcu zapadłem w ostatnią fazę choroby. Przede mną także pojawiły się podobne obrazy, jak u ciebie. I miałem zamiar w nie wkroczyć, miałem zamiar wrócić. Ale wtedy… Pomyślałem sobie o tych wszystkich, którzy umarli. Zdałem sobie sprawę, że tak naprawdę nie mam do czego wracać. Miałem przez całą wieczność być w służbie u Chaosu, bez szans na rezygnację? – Pokręcił głową, jakby z niedowierzaniem. – Zrozumiałem wtedy, że nie chcę tak żyć. Zdecydowałem się umrzeć. –Umilknął na chwilę. – I zrobiłem to samo co ty. Gdy się obudziłem, żywy, a nie martwy, zrozumiałem.
- Potem przez setki lat próbowałem umrzeć, ale nie potrafiłem. Zaprzepaściłem swoją jedyną szansę. Ale najbardziej dobijał mnie fakt, że wszyscy moi przyjaciele, którzy umarli, chcieli wrócić, przez co źle wybrali i umarli

Zaśmiał się z pogardą.

- Wychodzi na to, że my, którzy chcieliśmy umrzeć, będziemy musieli na zawsze tkwić w tym świecie, a tym, którzy pragnęli życia, zostało ono odebrane. Ironiczne, prawda?

Annabeth przez pewien czas nie patrzyła na chłopaka, aż w końcu zdobyła się na odwagę i uniosła wzrok. Chciała się zapytać go o coś jeszcze, o coś co nurtowało od dłuższegp czasu.

- Czy kiedyś… gdy byłeś w obozie, byliśmy przyjaciółmi?

- Dlaczego pytasz? – zapytał zaciekawiony.

- Odpowiedz. – nalegała dziewczyna.

- Raz. – wzruszył ramionami.

- A… - Głośno przełknęła ślinę. – Czy teraz też nimi jesteśmy?

Wpatrywała się w niego oczekująco, niemalże z nadzieję. Ale chłopak pozostał niewzruszony.

- Wciąż masz tutaj przyjaciół Annabeth. Może o tym nie wiesz, i może oni temu zaprzeczą, ale masz. Martwili się o ciebie dzisiaj.

- Nie odpowiedziałeś.

Spojrzał na nią bez wyrazu.

- Masz tu przyjaciół, ale ja nie jestem jednym z nich. I nigdy nim już nie będę.

Po czym odwrócił się napięcie, i zostawił ją samą z myślami.

Annabeth obudziła się zlana potem. Przez jej głowę przewijały się wspomnienia ostatnich dni, i dopiero teraz zdawała się widzieć związek pomiędzy nimi. A nie chciała.

Uniosłam głowę i zobaczyłam, że Alfa siedzi pochylony nade mną, a spod jego rąk spływa coś na kształt wodnistej, niebieskiej energii. Zmarszczyłam brwi.

- Czy to jest woda? - I nie czekając na jego odpowiedź dodałam - Jesteś synem Posejdona?


Annabeth pokręciła głową. Nie. Przecież zaprzeczył. A to nie była woda. Nie skłamałby... prawda?

- To po co mnie leczysz, skoro i tak umrę? - zapytałam spokojnie i nie czekając na odpowiedź, otworzyłam oczy. Wpatrywał się we mnie nie ze strachem, smutkiem czy żalem. Wpatrywał się we mnie z pewnością w oczach.

Nie odpowiedział, tylko powrócił do uzdrawiania mnie. Westchnęłam, ale zamknęłam oczy.

- To nie była twoja wina. - powiedział.

- Słucham? Skąd wiedziałeś, że... - urwałam, nie chcąc kończyć tego zdania.

- Domyśliłem się. Nie było to zbyt trudne. Po za tym... Znam cię.

Prychnęłam, czego chwilę później pożałowałam, gdyż wywołało to falę bólu.

- Poznaliśmy się wczoraj..

- Nie do końca.

Otworzyłam oczy.

- Nie do końca? - powtórzyłam.

- Page wcale nie skłamała Annabeth. - spojrzał na mnie przeciągle, a mnie oblał rumieniec. - Zanim trafiłem do Chaosu, byłem jednym z półbogów żyjących w obozie. A potem zbuntowałem się. Nie chciałem dłużej służyć bogom, uważałem, że nie zasługują na to bym poświęcał dla nich życie swoje i swoich bliskich. - spojrzał mi w oczy. - Wciąż tak uważam.

- Więc odszedłeś. - dokończyłam.

- Tak. Page poznałem w zupełnie innych okolicznościach. - dodał, widząc malujące się na mojej twarzy pytanie.

Wszystko pasowało. Czemu wszystko musiało pasować?

Nie wierzyła. Nie chciała wierzyć.

Ale wtedy pojawił jej się w głowie obraz z poprzedniej nocy, obraz który dopiero teraz jej się przypomniał.

- Nie każ mi wygłaszać melodramatycznych przemówień, Mądralińska. Wiesz, że nie jestem w nich dobry.

Kolejne westchnięcie pełne bólu, które raniło mnie w równym stopniu, co jego.

- Wiesz, gdybym mógł mógł cofnąć czas, zrobiłbym to. Gdybym był w stanie zapomnieć o wszystkim, wróciłbym. Ale nie potrafię. Starałem się, uwierz mi. Naprawdę się starałem. Ale po prostu nie potrafię.

Kolejny śmiech, tym razem zgorzkniały.

- No i zobacz Mądralińska do czego doprowadziłaś. Robię się przez ciebie strasznie sentymentalny.


Mądralińska... Tylko on jeden ją tak nazywał. Tylko on jeden.

Czarne, wzburzone włosy, jakby czesane wiatrem opadały na twarz mężczyzny, która pełna była ostrości, ale jednocześnie łagodności. Radości i cierpienia.
Nie. Nie, nie, nie...

Jego oczy grały główną rolę w tej bajce. Miały barwę zieleni, barwę morza, i takie też były. Nieuchwytne, nieprzewidywalne, pełne niespodzianek. Ich spojrzenie miało w sobie tyle magnetyzmu, że mogłam w nich utonąć. Chciałam w nich utonąć.

Mężczyzna uśmiechnął się do mnie i ścisnął mi dłoń z powrotem, a ja od razu poczułam się bezpiecznie.

Ale nagle w jego oczach pojawiło się przerażenie. W jednej chwili cofnął swoją dłoń i rzucił się w głąb jaskini.


Annabeth zerwała się szybko z łóżka i wybiegła ze szpitala. Nie wiedziała, gdzie idzie, a w głowie kłębił jej się natłok myśli.

Przecież Alfa nie mógł być nim. To wszystko było bezsensu, przecież on nigdy nie zrobiłby czegoś takiego, nie oszukałby jej. Nie byłby w stanie przy niej udawać, nie przy niej, przecież ona znała go! Przecież byli przyjaciółmi, byli ...

- Czy kiedyś… gdy byłeś w obozie, byliśmy przyjaciółmi?

(...)

- Raz. – wzruszył ramionami.

- A… - Głośno przełknęła ślinę. – Czy teraz też nimi jesteśmy?

(...)

Spojrzał na nią bez wyrazu.

- Masz tu przyjaciół, ale ja nie jestem jednym z nich. I nigdy nim już nie będę.


Podniosła wzrok. Stała przed domkiem numer trzy.

Rozdział IX



Guest " Szczera " : Po pierwsze, jestem zła, że muszę to pisać w rozdziale. Ale tak to zwykle bywa, ludzie piszą niemiły komentarz, ale konta, żeby można im odpowiedzieć, nie założą. Jako, że w swoim komentarzu pisałaś o "Alfie i Omedze", zakładam, że przeczytasz ten rozdział i to teraz piszę.
Po pierwsze. Czy ty wiesz, jak zachowuje się rozkapryszone dziecko? Bo ja wiem.

Na pewno nie wstaje o siódmej rano, żeby iśc do szkoły na ósmą, po czym wraca do domu o czwartej. Na pewno nie ma tylko półgodziny na obiad, bo o piątej ma juz lekcje w szkole muzycznej. Na pewno nie wraca do domu o godzinie od ósmej do dziewiątej trzydzieści. Na pewno nie ma egzaminów co dwa miesiące, na które musi sie nauczyć dwóch utworów po trzy, cztery strony.
A ja tak mam.

Nie jestem profesjonalnym pisarzem czy tłumaczem i jedyną korzyść jaką mam, z tego, że tutaj piszę jest satysfakcja. Więc wybacz mi, że nie zamierzam wypruwać sobie flaków, ani nie spać, tylko po to, by napisać kolejny rozdział dla raptem czteru osób. Z 60 osób, które weszły na moje opowiadanie, około pięć napisało komentarz. Więc powiedz mi proszę, kto kogo ma, za przeproszeniem, głęboko w dupie.


Piszę dla siebie! A piszę szybko dla was! Jeśli chcę, to dopóki nikt mi za to nie płaci, to mogę sobie robić z moim opowiadaniami, co mi się żywnie podoba. A do tego zalicza się: nie dodawanie rozdziałów, zawieszanie opowiadań, bądź ich usuwanie.



Wesołych Świąt wszystkim życzę!


Wzięłam się ostro do roboty, bo chciałam wam dać nowy rozdział wczoraj, ale no cóż... Jak widać nie wyszło. Jest jednak dziś, jako prezent bożonarodzeniowy.


Zdecydowałam się nieco poeksperymentować i napisałam ten rozdział w trzeciej osobie, gdyż nigdy tego nie robię i byłam ciekawa, jak mi to idzie. Dzięki temu można zręcznie przeskakiwać z jednej osoby na drugą, dlatego zastanawiam się czy nie napisać pozostałych rozdziałów, właśnie w ten sposób. Mówcie co o tym myślicie.

Mam nadzieję, że wy podarujecie mi prezent w postaci licznych komentarzy i wszyscy będziemy szczęśliwi :)

Minimum nie ustawiam, bo jest mi trochę głupio, że zrobiłam to poprzednim razem, ale cóż poradzić? Jestem tylko i wyłącznie człowiekiem. A szkoda.

Soundtrack : Muzyka z Harry'ego Pottera. Wpiszcie sobie na youtube : 10 best Harry Potter Songs, i kliknijcie na video, które trwa około 30 minut.
Ostatnio moje myśli krążą chyba tylko wokół tej serii, i chcę napisać do niej opowiadanie, tylko najpierw muszę skończyć Alfę i Omegę... ;(

A nawiasem mówiąc, to zbliżamy się do końca. Dłużej już nie przeciągam i zapraszam do czytania!

Rozdział IX

Alfa był pewny, że jego wejście będzie spektakularne. Zawsze było.

Ale nie przypuszczał, że będzie melodramatyczne.

Właściwie to była jego wina. Czy ktoś kazał mu wchodzić do sali tronowej na Olimpie podniosłym krokiem i na dodatek, albo raczej przede wszystkim, niosąc na rękach jedną z Nieśmiertelnych, która była przy okazji córką Bogini?

Nie. Nikt mu nie kazał. Ale co miał zrobić? Był sobą. A to do czegoś zobowiązywało.

Dlatego, gdy tylko przeszedł przez próg drzwi, a raczej bram, zacisnął zęby i dał wszystkim zgromadzonym czas na odpowiednią reakcję, choć było to według niego marnotrawstwem.

Ale było też to bardzo ciekawe. Gdy tylko spostrzeżono obecność jego, a przede wszystkim Annabeth, nastąpiły trzy, jakże różne reakcje, poszczególnych osób.

Dla bogów, pierwszą było odruchowe zdziwienie, a także, następujące po chwili, oburzenie, wynikające z tego, że ktoś ośmielił się przerwać jakże ważną naradę. Alfa prawie prychnął. Ważna narada, wielkie mu co. Bogowie siedzieli znudzeni na tronach, a pozostali Nieśmiertelni na ustawionych naprzeciwko nich krzesłach. Alfa był prawie pewien, że zostały tam postawione stosunkowo niedawno. Półbogowie wyglądali na półżywych, co pozwalało mu sądzić, że najwyraźniej czekano na niego całą noc. Uważał ich przez to za idiotów, ale nie zmieniało to faktu, że był wdzięczny. Jedynie Ethan i Tanya stali wyprostowani, obserwując wszystko, i wyglądając przy tym bardzo żywo. Nie umykał im żaden szczegół. Alfa uśmiechnął się. Musiał pochwalić te dwójkę u Chaosa.

Drugą reakcją, po tym, jak oburzenie w większości znikło, była ulga. W końcu coś się działo, czymkolwiek by to miało nie być. Przybył Alfa, wielki wódz, następca Chaosu i tak dalej. Nie musieli już czekać. Odetchnęli.

Ostatnia reakcja była najbardziej zróżnicowana. Część bogów, spostrzegłszy Annabeth, okazało zaciekawienie i nic więcej. Inni wydali się nagle bardzo zaniepokojeni i zaczęli dokładnie analizować wygląd jego i dziewczyny. Pozostali nie okazali niczego. Jedynie Atena, choć starała się zachować spokój, tak naprawdę była przestraszona. Jej źrenice rozwarły się, a dłonie zacisnęły się mocniej na długiej szacie. Obawiała się o życie córki.

Ale to wszystko niezbyt Alfę obchodziło. Bardziej go interesowała reakcja półbogów. I była dokładnie, taka jaką przewidział.

Najpierw, podobnie jak bogowie, odczuli ulgę, że w końcu się pojawił. Widział gdzieniegdzie wściekłe spojrzenia, ale było ich stosunkowo niewiele.

Potem nastąpił szok, gdy ujrzeli dziewczynę, spoczywającą w jego ramionach. Alfa zastanawiał się przez chwilę czy pozostaną niewzruszeni, czy będą panikować. Chociaż dobrze wiedział co Nieśmiertelni czują do dziewczyny, wątpił w to, aby jej los zupełnie ich nie obchodził. W końcu, jakby nie było, połowa z nich kiedyś była jej przyjaciółmi.

I nie mylił się. W sali tronowej przez chwilę panowała cisza, którą przerwał drżący głos Thalii.

- Czy...? Czy to jest Ann...?

Alfa kiwnął głową, nic nie mówiąc.

Thalia wpatrywała się w dziewczynę jeszcze przez parę sekund, po czym, natychmiast do niej doskoczyła i zarzuciła Alfę milionem pytań. Gdy tylko to zrobiła pozostali, jakby wybudzili się ze snu i zaraz do niej dołączyli.

- Co jej jest?

- Przeżyje?

- Jak to się stało?

- Czy to dlatego nie przyszliście?

Bogowie przyglądali się tej scenie w milczeniu, nic nie robiąc, ani nawet nie ruszając się ze swoich miejsc.

- Uciszcie się wszyscy! - warknął w końcu Alfa. - Zanim odpowiem na wasze pytania, muszę ją gdzieś odłożyć… - Chłopak rozejrzał się wokół. Nagle koło niego wyrosła z ziemi kanapa, przywołana przez któregoś z bogów. – Dzięki – mruknął i delikatnie ułożył dziewczynę na posłaniu. Dookoła niego wciąż stali półbogowie, więc gestem ręki odpędził ich do swoich miejsc.

- Wyjaśnisz nam to wszystko? – Pierwsza przerwała ciszę Atena.

Westchnął ciężko.

- Razem z Annabeth – Tu wskazał na leżącą dziewczynę – szliśmy na naradę. Ale w międzyczasie zaatakowała nas jedna z Krzyżówek, prawdopodobnie wysłana przez Gaję.

- Krzyżówek? – zainteresował się Hades.

- To połączenie dwóch rodzaju potworów. Każda taka Krzyżówka łączy w sobie cechy obydwu osobników, przez co nie jest niezniszczalna, – dodał widząc pytanie malujące się na twarzy Zeusa – ale wydziela jad, który prawie zawsze zabija. A Annabeth… - Urwał i spojrzał na dziewczynę. Wyglądała bardzo spokojnie, zupełnie, jakby spała. Zupełnie, jakby nic jej nie groziło. Zupełnie, jakby zaraz miała się obudzić i uśmiechnąć do wszystkich naokoło. Ale Alfa wiedział, że prawda była nieco inna. Odwrócił się w stronę bogów. – Została zaatakowana. I musi sobie sama z tym poradzić. Nie ma nic co moglibyśmy zrobić. Wszystko zależy od niej. A my… my musimy rozpocząć naradę.

- Na pewno coś można zrobić! – krzyknęła natychmiast oburzona Katie. – Chcesz prowadzić naradę, podczas gdy nasza… nasza – wyraźnie nie wiedziała, jak ma dokończyć to zdanie. Nie była pewna, kim jest dla niej i dla reszty Annabeth. –Nasza przyjaciółka umiera!

- Być może już umarła. – Alfa przerwał jej bezlitośnie.

W Sali zapanowała grobowa cisza.

- Ale przecież… - Po raz pierwszy odezwał się Nico. – Przecież oddycha. Jej serce wciąż bije. Nie możesz zaprzeczyć.

Alfą skinął głową.

- Jej ciało wciąż żyje, owszem. Właściwie to jest całkowicie zdrowe. Można śmiało powiedzieć, że dziewczyna po prostu śpi.

- W takim razie w czym problem? – zapytał Hades.

Alfa prychnął.

- Akurat ty jeden powinieneś to rozumieć. Jej ciało może być i zdrowe, ale Annabeth toczy teraz walkę sama ze sobą. Ona jedna zadecyduje, jak to się skończy. Wszystko rozgrywa się w jej umyśle. I może minąć trochę czasu, zanim jej ciało dostosowuje się do jej woli. Niezależnie od tego, czy zdecyduje się przeżyć… czy nie.

Przez chwilę panowała cisza. Thalia i Nico wyglądali na głęboko wstrząśniętych, jakby wciąż nie wierzyli w to co się dzieje. Bracia Hood byli wyraźnie przygaszeni, a pozostali…

- Musimy ustalić plan bitwy. – Alfa przywołał wszystkich do życia, po pewnym czasie. – Nie ma czasu do stracenia.

Jak na znak, wszyscy spięli się i wlepili w niego wzrok, zadowoleni, że mogą oderwać myśli od Annabeth.

- Co proponujesz? – zapytał Zeus. – Zebraliśmy już armię bogów, wysłałem też parę zaufanych osób by sprawdzili czy niektórzy Tytani nie staną jednak po naszej stronie, a…

- Dość. – przerwał mu chłopak. – To wszystko niezbyt mnie interesuje.

Zeus przez chwilę patrzył się na niego z wyrazem oburzenia na twarzy, że śmiał mu przerwać.

- Niezbyt cię interesuje? – powtórzyła zirytowana Atena. – Chłopcze, nie wiem, czy zdajesz sobie z tego sprawę, ale nasze losy i losy tej planety zależą od tej bitwy. A ciebie niezbyt to interesuje?

- Nie jestem już chłopcem. Mam ponad tysiąc lat i musicie to w końcu zrozumieć. – Alfa powiedział przez zęby. - Mam już plan. Wysłuchajcie mnie, to zrozumiecie.

- Ach, tak? To jaki jest ten twój genialny plan?

- Bitwa odbędzie się jutro. – odparł Alfa spokojnie.

- Jutro? – powtórzyła Hera głosem wyższym o oktawę. – Oszalałeś. Nie zdołamy się przygotować, nie zdołamy…

- W tym rzecz. – Chłopak przerwał jej. – Gaja też nie zdoła się przygotować. A my będziemy mieć element zaskoczenia. – Odwrócił się w stronę Nieśmiertelnych. – Wróćcie do obozu. Sprawdźcie po kolei każdego półboga. Jeśli nie będzie w stanie pokonać, albo chociaż utrzymać się przy życiu przy Hydrze, to wyślijcie go tutaj. Na Olimp.

- Ale wtedy zostanie nas garstka! – zaprotestowała Thalia.

- Na Olimp?! – W tym samym czasie wykrzyknął Zeus.

Alfa westchnął poirytowany.

- Tak, na Olimp. A ty Thalia, powinnaś mieć więcej wiary w swoich ludzi. Jest was dużo i nie jesteście tacy kiepscy. Powiedziałbym wręcz, że jesteście w stanie skopać parę tytańskich tyłków. – Mrugnął do niej. – Ale chodzi mi o to, że to ma być krótka bitwa. Damy znak Gai, a ona przybędzie do obozu i…

- Chwileczkę. – Przerwała mu Atena. – Gdzie tu jest element zaskoczenia, skoro ona sama wyruszy na bitwę? I w ogóle skąd przekonanie, że do nas przyjdzie.

- Nie będzie mogła odrzucić wyzwania. Wyszłaby na słabą.

Atena roześmiała się gorzko.

- Nie znasz Gai. Ona ma każdy ruch starannie przemyślany, nie pozwoli by jej plan został zrujnowany przez coś tak przyziemnego jak jej własna duma.

Alfa pokiwał głową.

- Owszem, Gaja jest na to zbyt sprytna. Ale…- Alfa uśmiechnął się szeroko. – Giganci? Oni na pewno nie pozwolą zhańbić swojego honoru. Przybędą tu, a Gaja będzie zmuszona zrobić to samo. W końcu z nią maja większe szanse.

- No dobrze, ale co potem? Przybędą i co dalej? – dopytywał się Zeus.

- Musicie zająć się gigantami. Podzielcie się, który bóg będzie walczył z którym herosem i przeciwko komu. Reszta półbogów i moja armia – tu chłopak skinął na Tanye i Ethana – Zajmą się potworami. I miejcie tez zapasowych herosów do walki z gigantami, gdyby coś poszło… niezgodnie z planem. – Urwał, a wszyscy wiedzieli co miał na myśli. Gdyby ktoś zginął. - Ja w tym czasie zajmę się Gają. Musicie po prostu trzymać z dala od nas gigantów. Jak tylko rozwiążę problem z Gają, tytani i giganci staną się łatwym celem, choć prawdopodobnie zaczną uciekać. Bez swojej matki są bezradni. – Wzruszył ramionami.

- A jak zamierzasz zająć się Gają, tak właściwie? - wtrącił się do rozmowy Posejdon. - Wiesz, że nie da się jej pokonać. Jest… bardzo potężna i silna, zwłaszcza teraz, gdy się obudziła.

Wszyscy spojrzeli na Alfę zaciekawieni. Chłopak wiedział co im krąży po głowie.

- Masz rację, jest potężna. I nie, nie mogę jej pokonać. Ale, mogę zrobić coś co skutecznie ją wyeliminuje na… zawsze, tak właściwie, o ile oczywiście wszystko pójdzie dobrze.

- Czyli? – dopytywał się dalej bóg mórz.

- Nie musi cię to obchodzić. – Alfa odrzekł któtko. – Ja usunę Gaję, a wy w tym czasie macie się zająć gigantami. Tylko o to was proszę. Zgadzacie się? – Spojrzał na Zeusa. Król Bogów przez chwilę się zastanawiał, aż w końcu zadecydował.

- Pod warunkiem, że zdejmiesz kaptur i pokażesz nam, jakie jest twoje oblicze. Wtedy będę wiedział, że mogę ci zaufać i zrobię to, o co prosisz.

Alfa przez chwilę nic nie mówił.

W jego głowie toczyła się walka. Nie miał zamiaru pokazywać, jak naprawdę wygląda, o nie. Ale jego zdolności do zmiany wyglądu były dość ubogie. Wcześniej co prawda zmienił swój kolor oczu i nieco rysy twarzy, gdy był przy Annabeth, ale kosztowało go to sporo energii. Przeklął się w myślach raz jeszcze, gdy przypomniał sobie o momencie, w którym dziewczyna się obudziła i zobaczyła, jak wygląda naprawdę. Był wtedy taki zmęczony, i za późno uświadomił sobie, że zapomniał się przemienić. Na jego szczęście wyglądało na to, że dziewczyna nic nie pamięta.

Ale choć i teraz padał z nóg, nie miał zbyt wielkiego wyboru.
Westchnął w duchu i przywołał w myślach postać, jaką przybrał przy córce Ateny. Po chwili poczuł delikatne drganie w wokół skóry i gwałtowny upadek energii. Zdecydowanym ruchem, zdjął kaptur z głowy.

W sali rozległy się głośne westchnienia zawodu. Każdy zaczął mu się uważnie przyglądać, ale Alfa z zadowoleniem stwierdził, że nikt go nie rozpoznaje.

- Macie czego chcieliście. - Uśmiechnął się drwiąco. - Rozumiem, że teraz mnie posłuchacie, tak?

Zeus odchrząknął głośno i przeprowadził niemą naradę z bogami.

- Zgadzamy się.

- Świetnie. W takim razie wracam do obozu. - Odwrócił się z zamiarem odejścia, gdy poczuł na ramieniu czyiś ciepły dotyk. Po chwili stanął twarzą w twarz ze swoją siostrą, która do tej pory stała na uboczu. Na jej twarzy malował się delikatny, prawie niezauważalny uśmiech, wymieszany z troską w oczach i lekkim zdziwieniem.

- Nie zostaniesz, by omówić szczegóły? - zapytała powoli. - Wiesz, twoja pomoc byłaby nieoceniona.

- Ethan i Tanya wam pomogą, ale nie siedźcie nad tym wiecznie. Musicie jeszcze przebadać półbogów. Po za tym. - dodał cicho, wiedząc, że wszystkie spojrzenia są skierowane na nich. - Naprawdę muszę się przespać. Jestem na nogach od prawie trzech dób, a nie wiem ile jeszcze wytrzymałbym bez kaptura.

W jej oczach zabłysło zrozumienie i Page powoli kiwnęła głową.

Podszedł do Annabeth, by ostrożnie wziąć ją na ręce.

- Gdzie zabierasz moją córkę? - Usłyszał z tyłu głos bogini.

- Do obozu.

A potem Alfa wziął jeden głęboki wdech i pozwolił by zawładnęły nim podmuchy wiatrów , by w ułamku sekundy znaleźć się z powrotem w obozie, tuż przed szpitalem. Na drżącym nogach powoli wszedł do środka i ułożył Annabeth na jednym z czystych posłań. Rozejrzał się i w drugim kącie pomieszczenia dostrzegł leśną nimfę i jakieś dziecko Apolla. Szybko do nich podszedł.

- Hej!

Oboje przerwali rozmowę i odwrócili się w jego stronę. Chłopak wyraźnie lekko przestraszył się na widok Wojownika , ale nimfa zachowała spokój.

- Tak? - zapytała, uśmiechając się.

- Widzicie tamtą dziewczynę? – Alfa wskazał na Annabeth.

Oboje pokiwali głową. Nimfa podeszła do córki Ateny i zmarszczyła brwi.

- Co jej jest?

- To nie jest ważne. Ważne jest to, że potrzebuje spokoju. Niech nikt jej nie dotyka, nie próbuje obudzić, i kategorycznie niech nikt nie próbuje jej leczyć, dobrze? Możecie tego dopilnować?

Nimfa pokiwała głową, ale chłopak od Apolla nie wyglądał na przekonanego.

- Czy to aby nie jest Annabeth? Córka Ateny, jedna z Dziesięciu Nieśmiertelnych?

- Tak.

- I jesteś pewien, - chłopak spojrzał mu w oczy, nagle przestając się go bać - że mamy ją zostawić tak jak jest?

- Tak! – Alfa szybko pokiwałem głową, czując, jak ogarnia go coraz większe zmęczenie. - Nic jej nie róbcie, tylko od czasu do czasu sprawdzajcie czy wciąż żyje, czy już nie.

Po czym wybiegł, zanim zdołaliby zadać mu więcej pytań.

Gdy Alfa wrócił do szpitala, była już noc. Chłopak zadbał wcześniej o to, aby zmienić postać, ale wszyscy spali i tylko nimfa, którą spotkał tego ranka, wciąż krzątała się przy szpitalnych łózkach. Gdy tylko go dostrzegła, natychmiast do niego podeszła.

- I co z nią? - zapytał, czując lekko suchość w gardle.

Nimfa pokręciła głową.

- Przez cały czas leżała nieruchomo, jakby była zaklęta. Nie drgnęła ani razu. - W oczach nimfy zadrgało coś, na kształt przerażenia, ale natychmiast znikło. - Co jakiś czas sprawdzałam jej stan, ale było bez zmian. Właśnie miałam iść kolejny raz, ale skoro już przyszedłeś to możesz to zrobić za mnie. - Ulga wyraźnie malowała się na jej twarzy. - Jest za tym parawanem. Schowałam ją, bo inni byli zbyt ciekawscy.

Spojrzał w bok i rzeczywiście jedno z łóżek okrywało coś na kształt niebieskiego parawanu. Odwrócił głowę, by podziękować nimfie, ale już jej nie było. Wojownik westchnął w duchu i powoli stanął nad łóżkiem Annabeth.

Była spokojna, bardzo spokojna. Blond loki leżały rozrzucone wokół jej glowy, a długie ramiona spoczywały bezradnie po jej bokach. Wciąż miała na sobie jego zieloną koszulę, co wywołało u Alfy lekki uśmiech.

Chwycił pobliskie krzesło i usiadł na nim, wciąż przypatrując się dziewczynie.

Miał co do niej mieszane uczucia. Z jednej strony czuł coś na kształt ... tęsknoty za dawną nią, a z drugiej niechęć.

Ale teraz była inną osobą. Mniej radosną, bardziej tchórzliwą. Bała się prawie wszystkiego, widać było to w jej spojrzeniu, choć starała się to ukryć. Stała się bardziej zapobiegawcza, bardziej mądralińska. Wszystkie jej wady wzmocniły się, a dawne zalety przygasły.

Ale było w niej też coś nowego. Pewnego rodzaju zmęczenie, jakby wiedziała o czymś co, było dla niej ciężarem, którego nie umiała, ani nie mogła się pozbyć.

I chyba to sprawiało, że wciąż... była dla niego ... kimś ważnym. Bo on nosił taki ciężar. Chciał się go pozbyć, i nie potrafił.

- Nie budź się. - wyszeptał cicho. - Nie daj się przechytrzyć. Życie nie jest piękne, cudowne i kolorowe.

Ona cię nie słyszy

- To zasadzka. To jedna, wielka zasadzka. - ciągnął dalej. - Prawe wyda ci się lewym, a lewe prawym. Góra dołem, a dół górą.

Co próbujesz osiągnąć?

- Coś czego nie udało się mnie. - odpowiedział, wiedząc, że idiotyzmem jest gadanie do samego siebie.

W tym właśnie problem. To jej zadanie, nie twoje!
- Zamknij się.

To bezcelowe. Po co próbujesz? Ona i tak cię nie słyszy.


- Skoro tak, to po co ty mnie od tego odwodzisz?

Sam się odwodzisz. Jestem tobą, pamiętasz?

Alfa powstrzymał się od uduszenia samego siebie i jeszcze raz skupił się na Annabeth.

- Prawda wyda ci się iluzją, a iluzja... prawdą. Śmierć wyda ci się życiem, a życie wyda ci się śmiercią. Nie daj się omamić. Nie daj się przechytrzyć. Nie... - Urwał nagle, dopiero teraz dostrzegając niedorzeczność całej sytuacji.

Wstał zezłoszczony. Starał się naprawić swój błąd, swoją naiwność, będąc naiwnym właśnie.

Ale... Tylko ten jeden, ostatni raz.

Spojrzał na dziewczynę i wyszeptał.

- Nie daj się przechytrzyć.

Odwrócił się z zamiarem wyjścia ze szpitala, ale po przyjściu zaledwie paru kroków, usłyszał czyiś wysoki krzyk. Natychmiast przybiegł z powrotem do Annabeth, tylko po to by zobaczyć, jak dziewczyna siedzi na łóżku, głośno nabierając powietrze.

- Alfa? - Rozglądnęła się ze strachem. - Co się dzieje?

Chłopak zaklął siarczyście. Albo mylił się co do niej, albo dziewczyna popełniła błąd.

- Czy ja ...? Czy ja umarłam?

Na twarzy Wojownika pojawił się smutny półuśmiech. Pokręcił głową.

- Nie. Nie umarłaś.

Mógł przysiąc, że w jej oczach na chwilę zapanował żal, po czym zniknął, tak szybko jak się pojawił.

A jednak. Czyli dała się przechytrzyć.

Komentujcie! Kolejny rozdział będzie bardzo króciutki, i pojawi się bardzo szybko.

Rozdział VIII



Kurczę no... Rozdział krótki, krótszy niż planowałam, ale zdecydowałam się wstawić go wcześniej na wyraźną prośbę mojej drogiej * Verte *. Nie ma w nim większości ważnych wydarzeń, które następują później, no ale trudno. Ten rozdział miał prawie wszystko wyjaśnić, ale prawdopodobnie tylko powstanie po nim wiecej pytań. Ale cierpliwości. Wiem co piszę.
Wiem, że trochę niedopracowane i niektóre rzeczy można by inaczej napisać, ale jest późno, nie chcę mi się, a jako, że ostatni rozdział miał tylko JEDEN komentarz, to nawet nie wiem, czy ktoś to w ogóle czyta.

The Corpse Bride - Tears To Shed
Corpse Bride - According To Plan

Rozdział VIII

Nie powiem nie, zastanawiałem się wiele razy, co się zmieniło w Obozie Herosów, w ciągu tych wszystkich lat.

Skłamałem, mówiąc Annabeth, że wracałem tu wiele razy. Nie zamierzałem, a przede wszystkim, nie chciałem tu wracać.

Ale nie zmieniało to faktu, że czułem jakiś tam sentyment do miejsca, w którym się wychowałem. Ciekawiło mnie, jak obóz wyglądał i co się w nim zmieniło. Wiedziałem jedynie tyle, że po latach spędzonych w innych krajach, znowu wrócił na to samo miejsce, które pozostało nienaruszone przez ten cały czas.

Ale to i tak było niewiele.

Pewnie podziwiałbym w tej chwili wymieszanie architektury rzymskiej z grecką, ilość domków, pomniejszych pawilonów, czy też rozbudowę Wielkiego Domu. Podziwiałbym nowe areny, miejsca, w których można trenować, albo ustronne zakątki, przeznaczone dla wypoczynku. Pewnie podziwiałbym to wszystko, gdyby nie fakt, że osoba, która najprawdopodobniej to zaprojektowała, leżała w moich ramionach, z możliwością, że już nigdy się nie wybudzi.

Gdy tylko Annabeth zapadła w ostatnią fazę choroby, natychmiast wyruszyłem z powrotem do Obozu. Nie było nas całą noc i choć wiedziałem, że moi ludzie nie będą się niepokoić, to narada na Olimpie musiała zostać przeprowadzona.

Miałem złe przeczucia. Nie byłem pewien czy córka Ateny sobie poradzi. Czy będzie na tyle bystra i się domyśli co należy zrobić, czy pomyli się, tak jak kiedyś ja się pomyliłem.

Nie było czasu do stracenia. Przyspieszyłem kroku.

W obozie był jeszcze wczesny ranek. Słońce dopiero chwilę temu wyjrzało zza horyzontu i tylko nieliczni zaczęli się budzić do życia. Promienie światła odbijały się delikatnie w tafli wody, powodując jej iskrzenie się, jakby w jej głębinach pływały diamenty. Ptaki cicho wyśpiewywały poranne melodie, a driady niemal niezauważalnie przemykały pomiędzy pniami drzew. Z całego miejsca emanował spokój.

Wiedziałem co to oznacza. Narada na Olimpie wciąż trwała. Dobrze. Musiałem tylko gdzieś zostawić Annabeth i mogłem iść na spotkanie z bogami.

Pytanie brzmiało tylko gdzie? Nie znałem dobrze planu nowego obozu i nie miałem pojęcia gdzie dziewczyna śpi. Nawet sam nie wiedziałem gdzie ja śpię. Odkąd przybyłem do obozu nie zmrużyłem oczy. Pierwszą noc spędziłem na plaży, rozmyślając, a drugą, w jaskini, czuwając nad ciałem dziewczyny.

Rozejrzałem się. Widziałem stąd obozowy szpital, ale nie mogłem tam zostawić Annabeth. Potrzebowała spokoju, tego, żeby nikt obcy jej nie dotykał. A gdybym pojawił się w szpitalu, to zaraz rozległyby się pytania, albo co gorsza, ktoś próbowałby ją wyleczyć. Nie miałem zaufania do tych ludzi, ale kończył mi się czas...

Jeszcze raz, rozglądnąłem się nerwowo. Niedaleko ode mnie stał szereg domków. Bez problemów rozpoznałem domek Ateny, bądź też coś w rodzaju kaplicy Minerwy. Ale Page mówiła mi, że każdy nieśmiertelny ma swój własny domek, a rodzeństwo i kapłanki Minerwy nie utrzymywali bliskich kontaktów z Annabeth.

Przywołałem do siebie wspomnienie poprzedniej nocy.

Page wciąż patrzyła na mnie z niedowierzaniem w oczach, jakby nie była w stanie uwierzyć, że siedzę tu przed nią, cały z krwi i kości.

- Tęskniłam za tobą. - wymamrotała cicho, spuszczając wzrok. - Sądziłam, że już nigdy cię nie zobaczę. Byłam przekonana, że... że nie żyjesz.

Poczułem, jak ciężar w mojej piersi wzmaga się. Nie chciałem czuć się bardziej winny.

- Może opowiesz mi o obozie, co? Duże zmiany, jak widzę. Mnóstwo domków. - próbowałem zmienić temat. Page natomiast była wyraźnie wytrącona z równowagi. Spojrzała na mnie, a w jej oczach malowało się zdumienie i coś w rodzaju oburzenia.

- Chcesz... ? - zmrużyła oczy i pokręciła głową. - Chcesz rozmawiać o architekturze? Po tym, jak...

Urwała i zamknęła oczy. Po chwili wzięła głęboki oddech i zaczęła mówić, lekko poirytowana.

- Odkąd połączyliśmy się z Rzymianami należało powiększyć trzykrotnie obóz i dobudować coś w rodzaju miasteczka dla starszych herosów i ich rodzin. Ogólnie wszystko musieliśmy powiększyć. - Wzruszyła ramionami, ale po chwili się uśmiechnęła. - Na dodatek każdy Nieśmiertelny dostał swój własny domek. - Szczerzyła się, jak szalona. - Nawet nie wiesz ile frajdy to daje. Zero obchodów, zero godzin nocnych, pełen luz. Nasza banda prawie co wieczór organizowała spotkania.

- Banda - powtórzyłem.

Page spojrzała na mnie zaskoczona.

- No tak, nasza banda. Już nikogo nie pamiętasz? Thalia, Nico, Grover...

- I pewnie Annabeth, co? - Dodałem gorzko. Page pokręciła głową.

- Nie, bez Annabeth. Oni zbytnio jej nie trawią, nigdy mi do końca nie powiedzieli dlaczego, ale wiem, że ma to związek z tobą. - Rzuciła mi długie spojrzenie. - Ale tak właściwie... - dodała po chwili. - Chyba nikt jej zbytnio nie trawi.

- Co masz na myśli? - zapytałem - Nie ma przyjaciół w obozie? Nie wierzę.

Page nie skomentowała mojej ciekawości, za co byłem jej bardzo wdzięczny.

- Może nie do końca tak. Owszem, koleguje się z paroma osobami, nie jest wyrzutkiem. - Pokręciła głową. - Ale żadnych przyjaciół nie ma. Nawet jej rodzeństwo i kapłanki Minerwy nie spędzają z nią czasu. Jedyną osobą, z którą spędza czas, jest nasz brat. - Jej oczy zapłonęły gniewem. - Wydaje mi się, że głównie z przyzwyczajenia, bo każdy widzi, nawet ona, że zdradza ją na każdym kroku. Istny Imbecyl - wysyczała, a ja nie mogłem powstrzymać śmiechu. PO chwili zamilkliśmy.

- Ale obóz się nie zmienił cywilizacyjnie. - przerwałem po jakimś czasie ciszę.

Page spojrzała na mnie ciekawie.

- Co masz na myśli?

- Wiesz, tam gdzie teraz mieszkam jest bardzo wielki postęp naukowy i technologiczny. A u was... - wzruszyłem ramionami. - Nie wiem. Gdyby nie to, że wszystkiego jest więcej, to mógłbym stwierdzić, że nic się nie zmieniło. Żadnych super ulepszeń, żadnych unowocześnień. Zupełnie, jakbym cofnął się tysiąc lat w czasie.

Page unikała mojego spojrzenia. Natychmiast pojąłem, że coś ukrywa.

- Page... - Spojrzałem na nią ostrzegawczo. - Czego mi nie mówisz?

Dziewczyna zaczęła się bawić palcami, i dopiero po chwili spojrzała mi w oczy. Wzięła głęboki oddech.

- Tylko Percy nie złość się dobra? - skrzywiłem się na dźwięk mojego starego imienia, ale nie przerywałem. - Jakiś czas po tym, jak zniknąłeś...Bogowie uznali, że nadszedł czas by - urwała, szukając odpowiedniego słowa - zadbać o...dobro planety.

- Dobro planety? - powtórzyłem ostro.

Page rozglądnęła się nerwowo, a gdy upewniła się, że w pobliżu nikogo nie mnie, pochyliła się w moją stronę.

- Nikt o tym nie może wiedzieć - Mówiła bardzo szybko i bardzo cicho, a jej spojrzenie było niezwykle poważne. Nagle zrozumiałem, że już w niczym nie przypominała mi mojej młodszej siostry, którą uratowałem przed atakiem smoka. - Wiem, o tym tylko dlatego, że Thalia i Nico się wygadali. Musisz mi obiecać, że nikomu o tym nie powiesz, a zwłaszcza Chaosowi.

Jej spojrzenie przewiercało mnie na wylot. Kiwnąłem głową na znak, że się zgadzam, choć tak naprawdę byłem pewny, że jeśli jest to coś ważnego, to Chaos i tak o tym wie.

- Bogowie uznali, że cywilizacja nie może się dalej rozwijać, bo niedługo cała planeta będzie tak zniszczona, że nie będzie się nadawała do życia. Więc... - Wzruszyła ramionami. - Zatrzymali ją.

- Czekaj, czekaj. - Uniosłem dłoń. - Bogowie zatrzymali cywilizację? Jak?

Page wyglądała na nieco przerażoną

- Nie jestem do końca pewna. Jak mówiłam, wiem o tym od Nica i Thalii, a oni woleli się zbytnio w to nie zagłębiać.

- No dobra, ale co wiesz? - Ponagliłem ją.

Już kolejny raz tego wieczoru, wzięła głęboki oddech. Zaczynało mnie to irytować.

- Przejęli moce Kronosa, a Prometeusz im pomógł i w jakiś sposób zatrzymali czas. Tak, wiem to brzmi idiotycznie! - dodała, widząc moją uniesioną brew. - Nie zatrzymali go całkowicie, nie tak jak ci się wydaje. Po prostu powstrzymali cywilizację i ludzie nie odkryli niczego nowego od setek lat. Postęp... zatrzymał się. Tak jakby zatrzymał się czas.

- I ludzie tego nie zauważyli. - powiedziałem kpiąco. Page spojrzała na ostro.

- A jak niby mieli zauważyć! To działa podobnie, jak mgła. Nie zastanawiają się nad wynalazkami, po prostu idą dalej.

- A co z matematykami, fizykami i tak dalej? Co z resztą bogów? Czy oni też byli w to zamieszani? - Zadawałem coraz więcej pytań, aż w końcu Page poniosło.

- Nie wiem! - krzyknęła ze złością. - Wiem tylko, że cały świat, a w każdym razie cała Ziemia, została zaklęta. Nikt nigdy nie wpadnie na to co się stało, w ogóle nikt nie zauważy, że stało się coś tak znaczącego. Chyba, że ktoś mu powie. - Znowu rozglądnęła się nerwowo i jeszcze bardziej się nade mną pochyliła. - Ten czar działa na każdą istotę na Ziemi. Każdą.

- Ale przecież we wszechświecie istnieje wiele cywilizacji. I niby żadna z nich nie zauważyła, że ta się tak nagle zatrzymała?! - Zdenerwowałem się.

- Bogowie chyba na to liczą. Myślą, że dopóki nie będzie się tu działo nic znaczącego, inni nie zauważą. A teraz, gdy wybuchła wojna z Gają i pojawiliście się wy z Chaosem...

Dziewczyna przełknęła ślinę i chwyciła mnie mocno za rękę.

- Alfa, błagam cię. Chaos pewnie jeszcze nie zauważył co się dzieje, bo pewnie ma mnóstwo spraw na głowie, ale zaraz się połapię. - Jej oczy wpatrywały się we mnie z determinacją. - Musisz pokonać Gaję, i musisz to zrobić, jak najmniej spektakularnie i jak najszybciej. Jej obecność już wyłącza niektórych z transu. Poza tym podsłuchałam rozmowę bogów. Są przerażeni. Wiedzą, że jeśli Chaos się dowie, że zaburzyli porządek świata, to już po nich.

Umocniła uchwyt na mojej dłoni.

- Alfa nie możesz do tego doprowadzić. Nie chcę, żeby Ziemia została zniszczona.

Zacisnąłem zęby. Musiałem pokonać Gaję. I musiałem to zrobić już.

Ale wciąż zostawał problem Annabeth. Nie miałem co z nią zrobić. Nie mogłem jej tak po prostu położyć na trawie, nawet gdyby rzeczywiście była martwa.

Przed moimi oczami uformowały się obrazy, na które wcale nie chciałem patrzeć. Zacisnąłem zęby i wypchnąłem je z mojej głowy. Nie miałem wyboru. Musiałem zabrać ze sobą córkę Ateny.

Mimo woli, zacząłem przyglądać się Annabeth. Jej waga przerażała mnie, bowiem trzymałem ją na rękach przez ostatnią godzinę i nawet tego nie czułem. Była niedożywiona, strasznie blada i strasznie niewyraźna. Jej twarz natomiast była oazą spokoju, który mnie przerażał. Mogła już nie żyć. A w każdym razie jej umysł mógł nie żyć. Ona sama, a raczej jej ciało utrzymywało raczej stabilny stan, ale już za parę godzin miało się okazać, co wybrała. A ja nawet nie wiedziałem, co zrobi.

Jęknąłem z frustracji. Nie miałem zielonego pojęcia, jak to wszystko się stało. Zdarzenia potoczyły się zbyt szybko. W jednej chwili wyobrażałem sobie zaręczyny, a już w drugiej stałem u boku Chaosu. I wcale nie byłem tak zadowolony z tego drugiego. Słowo daję, czasami miałem ochotę ze sobą skończyć, raz na zawsze przestać robić… właściwie robić cokolwiek.

Przecież już próbowałeś, odezwał się cichy głosik w mojej głowie, próbowałeś, a i tak ci nie wyszło. Dałeś się omamić iluzjom, dałeś się przekonać , że życie jest piękne, cudowne i kolorowe.
Zapadła chwila ciszy. Rozmawianie samo ze sobą, było szalone, ale jeszcze bardziej nienormalne było kłócenie się Głosem. Starałem się robić to jak najrzadziej.

Ale takie nie jest, odezwał się znowu Głos.

- Co? – zapytałem zdezorientowany.

Niemal usłyszałem, jak Głos wzdycha. Życie. Zycie nie jest piękne, cudowne i kolorowe. Ale ty już o tym wiesz, prawda?, zaszydził ze mnie.

- Zamknij się. – wycedziłem przez zęby.

Sam się zamknij. Mówisz sam do siebie. Jesteś szalony.

- Zamknij się. – powtórzyłem, ale wiedziałem, że Głos…. Ja ….ktokolwiek, my… mieliśmy rację. Byłem szalony. Byłem szalony już od dłuższego czasy. I nie zapowiadało się na to, żeby coś w tej kwesti się zmieniło.

Inna, szalona strona Percy'ego, jakaś aluzja dotycząca śmierci Annabeth... Łapiecie o co chodzi?

KOMENTARZE! Bo naprawdę, będę wredna i zacznę ustawiać limit. A właściwie to czemu nie? Dobijmy do 30. Macie dwa rozdziały, powinno się udać. Czy proszę o zbyt wiele?

Rozdział VII



A więc nowy rozdzialik. Bardzo, bardzo króciusieńki, bo ma zaledwie pięćset słów, ale zanim mnie rozszarpiecie, to dajcie mi się wytłumaczyć. Jak zapewne zauważyliście, czasami daję po parę punktów widzenia w jednym rozdziale, głównie dlatego, że niektóre z nich są krótkie, a ja chcę, żeby mój każdy rozdział miał gdzieś ok. 4000 słów. Zdecydowałam się to teraz zmienić, gdyż uznałam, że to zbyt pokręcone. Dlatego odtąd każdy rozdział będzie jednoosobowy. Nie przerażajcie się więc, jak zobaczycie np. 100 s. rozdział. Będzie więcej rozdziałów, niż tylko dwa, ale po prostu będą one krótsze i szybciej napisane :)

Dedykuję to mojej najlepszej przyjaciółce, żeby wreszcie zrobiła to co MUSI zrobić, albo jakoś (nie mam zielonego pojęcia, jak co prawda, ale zrobię to! ) ją zablokuję i nie będzie mogła więcej czytać moich arcydzieł! ;) I tak, to jest groźba, Nika.

Leighton Meester - Entlited

Rozdział VII

Kiedyś wydawało mi się, że najgorsze na świecie są pająki. Wielkie, obrzydliwe, przychodzące do mojego pokoju co noc, sprawiając, że trzęsłam się ze strachu.

Potem z kolei wydawało mi się, że najgorsze na świecie są potwory. Większe niż pająki, bardziej straszne, mające jeden cel. Zabić mnie.

Następnie zrozumiałam czym jest przyjaźń i od tamtego momentu nie mogłam od znieść jej utraty, i co ważniejsze, jej zdrady.

Ale najgorsze było jednak odebranie miłości. Jak gdyby ktoś wyrwał ci serce z piersi i oczekiwał, że będziesz dalej funkcjonować bez tego narządu. I choć było to niewykonalne, to dalej żyłeś, przecząc wszystkim prawom natury.

Aż w końcu dobrnęłam do punktu, w którym trzęsłam się ze strachu, nie chcąc by odebrano mi jedyną rzecz jaka mi pozostała. Rzecz, którą pięlęgnowałam setki lat, rzecz, o którą bałam się tak bardzo, że ukrywałam się przed światem zewnętrznym.

Życie.

I dopiero teraz, w tej chwili, uświadomiłam sobie, jaka byłam przez ten cały czas głupia.

Kurczowo trzymałam się tego, by nie odejść, by przeżyć. Starałam się unikać niebezpieczeństw, wyzwań, nieznanego. A tak naprawdę nie zdawałam sobie sprawy z tego ile tracę.

Będąc nieśmiertelną, mogłam przecież wszystko. Nie musiałam znać żadnych granic, nie musiałam żadnych wyznaczać. Powinnam była żyć, w pełni tego słowa znaczeniu.

Ale nawet ukrywając się przed światem, nie zdołałam zapobiec temu, co się stało. I musiałam teraz wybrać. Pójść dalej, czy wrócić?

To drugie, wbrew pozorom, było bardzo łatwe do zrobienia.

Jedyne co musiałam zrobić, to dać się pochłonąć płomieniowi życia, który wciąż się we mnie tlił.

Ale nie byłam pewna. Bo czy powinnam była wracać?

I nagle znalazłam się na plaży. Wokół mnie ludzie bawili się, śmiali, prowadzili zawzięte dyskusję. Pary trzymały się za dłonie, wymieniając któtkie pocałunki, a dzieci biegały, piszcząc z radości, gdy któreś z nich wpadło do wody.

Przede mną stał Alfa. Uśmiechał się kpiąco, jakby śmiał się z tego, że wciąż się zastanawiam, zamiast ruszyć się i do niego wrócić.

Wyciągnął do mnie dłoń, a ja zawahałam się.

Miałam wybór. Po raz pierwszy, odkąd stałam się nieśmiertelna, mogłam zadecydować.

Życie, lub Śmierć.

Chciałam szczęścia, radości, śmiejących się dzieci. Chciałam takiego życia, jak to, które teraz oglądałam.

Chciałam czegoś, do czego zawsze miałam prawo, choć nigdy nie zdawałam sobie z tego sprawy.

Cholera, okazywało się, że chciałam nawet Alfy.

Ale chciałam też spokoju. Odpoczynku, wyrozumiałości.

Chciałam dać sobie chwile wytchnienia. Chciałam przerwać wszystkie więzy.

Chciałam móc zamienić się w pył.

Podjęłam decyzję.

Przysunęłam się do chłopaka, a po moim policzku spłynęła pojedyncza łza.

Przez chwilę staliśmy tak w bezruchu, dopóki nie zamknęłam oczu i nie stanęłam na palcach.

- Dziękuje. - wyszeptałam, po czym delikatnie,i niemal bezwiednie, pocałowałam go.

Druga łza wpadła mi do ust, a ja otworzyłam oczy i zrobiłam jeden, mały krok w tył.

Zalała mnie ciemność.

Wpadłam w otchłań.

Przed twarzą pojawiły mi się obrazy krzyczących ludzi, płaczących dzieci. Tylko nieliczni mieli radość w oczach. Dookoła mnie rozlegała się nienawiść, strach, ból i rozpacz.

Widziałam spojrzenia pełne zawodu.

Słyszałam krzyki pełne cierpienia.

I bardzo, bardzo długo spadałam.

I jak? Zdaję sobie, że moja Annabeth jest OOC, ale jest to konieczne dla tej historii i ma swoje uzasadnienie. Jak już mówiłam, komentarze to moja ambrozja, więc nie dajcie mi umrzeć z głodu, dobrze? Bardzo proszę ;)

P. S. Czy wy też czujecie nadchodzące święta? Aż chyba napiszę jakąś miniaturkę ;) Glee cast - My favorite things. - super wykonanie, piosenka i wszystko. Aż mi się święta i Mała syrenka pojawiła przed oczami ;)

Rozdział VI



Dedykuję

każdemu kto kiedykolwiek skomentował moje opowiadanie, a w szczególności

Ciastka

( bo aż się uśmiecham)

Mam nadzieję, że rozdział się spodoba i wybaczycie mi to, że parę rzeczy pozamieniałam. Naprawdę musiałam.

Felling good - Michael Buble

Skyfall - Adele

Rozdział VI

Czasami jest tak, że ni stąd ni zowąd, zyskujesz przyjaciela. Przyjaciela, o którym nie wiesz kompletnie nic, przyjaciela, którego może, może trochę się boisz. Przyjaciela, co do którego wcale nie jesteś tak pewien, że ci pomoże, gdy nadejdzie ta chwila, w której będzie potrzebny.

Ale jednak zyskujesz przyjaciela.

A potem wszystko jasny szlag trafia.

Gdyby ktoś tego poranka powiedział mi, że znajdę się w tej sytuacji co teraz, uznałabym, że wciąż śni. Gdyby ktoś choć zasugerował, że Alfa i ja zaczniemy się ze sobą dogadywać... Powiedzmy, że wylądowałby w szpitalu na długi czas za " podejrzenie o dysfunkcję psychiczną".

Ale pomimo tego wszystkiego znalazłam się w tej sytuacji. Skołowana, bezbronna, idąca przez ciemny, nieznany las, mając za jedynego towarzysza, Alfę.

Nie mogłam opanować wrażenia, że robiliśmy już kiedyś coś takiego. Za każdym razem, gdy patrzyłam, jak przedziera się przez gęste zarośla drzew, bądź rozgląda się za ścieżką, czułam, że skądś go znam. Nie wiedziałam, jak, kiedy lub dlaczego go poznałam, ale byłam pewna, że już kiedyś się spotkaliśmy. Każdy jego ruch, słowo, a nawet westchnienie powodowało, że mój wewnętrzny radar szalał. Moja frustracja sięgnęła zenitu, czułam, że jeśli zaraz nie poznam odpowiedzi na dręczące mnie pytania, to oszaleję.

Nagle Alfa zamarł. Wiedziona instynktem od razu wyjęłam sztylet zza pasa i wykonałam w stronę chłopaka dwa kroki. A przynajmniej próbowałam. W jednej chwili ciemna plama uderzyła we mnie, przejeżdżając ostrymi pazurami po moim ciele, a już w następnej leżałam na ziemi. Przeszył mnie ostry ból i natychmiast zrobiło mi się gorąco. Obrazy zaczęły rozmazywać mi się przed oczami, nie mogłam oddychać.

- Annabeth! - Moje imię odbiło się echem po pustym lesie. Ciężar z mojej piersi zniknął i mogłam nabrać powietrza. Usłyszałam, jak ktoś do mnie podbiega, a następnie podnosi mnie, zaostrzając ból.

- Annabeth! Annabeth do jasnej cholery! Ocknij się Mądralińska!

Ostatkiem sił uniosłam lekko powieki. Chłopak przede mną rozrywał mi koszulę, jednocześnie szukając czegoś po kieszeniach.

- A...Al...fa. - wykrztusiłam z siebie, próbując przyciągnąć jego uwagę. Chłopak natychmiast pochylił się nade mną, ale ja nie miałam już siły. Powieki mi opadły i zaczęłam odpływać, mając w głowie obraz oczu, wpatrujących się we mnie ze strachem. Zielonych oczu.

Jeszcze zanim otworzyłam oczy, poczułam ciepło. Ale nie ciepło koca, lata czy bliskiej osoby. Czułam ciepło ognia. Jego ramiona trzymały mnie w objęciach, a języki lizały skórę; delikatnie, ale jednocześnie zabójczo.

Ale to wszystko to było nic. Nic w porównaniu żarem, jaki szalał w mojej piersi.

Płonęłam.

Każda część mojego ciała, każdy włos, każdy nerw. Umierałam.

Ale nagle to wszystko ustało. Przez chwilę czułam się wspaniale, radośnie, czułam się... żywa.

I wtedy przestałam czuć cokolwiek. Ani radości, ani życia, ani nawet tego cholernego bólu.

Tylko... Nicość.

Otwórz oczy.

Otwórz oczy Annabeth

Otwórz oczy.

Otwórz te pieprzone oczy Annabeth!

- Otwórz te pieprzone oczy Annabeth! - rozległ się głos nade mną, pełen smutku, żalu, niepewności. Chciałam posłuchać, ale nie mogłam. Nic nie czułam. Nie mogłam poruszyć najdrobniejszym nerwem w moim ciele. Byłam uwięziona. -Chyba nie dasz się pokonać jakiej durnej truciźnie, prawda? Nie po tym wszystkim. Nie po tym co przeszliśmy. Nie po tym co ja przeszedłem.

Próbowałam podnieść oczy, odpowiedzieć temu głosowi. Naprawdę próbowałam. Ale nie mogłam.

Usłyszałam prychnięcie, a po chwili mocne uderzenie w coś płaskiego.

- Brawo chłopie, wyżalasz się komuś kto zaraz umrze.

Kolejne prychnięcie, kolejne uderzenie,a potem ciche kroki.

Dotknięcie. Chłopak mnie dotknął, uświadomiłam sobie. Delikatne okręgi zataczane na mojej dłoni. Wypełniła mnie euforia, radość, podekscyto...

- Nie każ mi wygłaszać melodramatycznych przemówień, Mądralińska. Wiesz, że nie jestem w nich dobry.

Kolejne westchnięcie pełne bólu, które raniło mnie w równym stopniu, co jego.

- Wiesz, gdybym mógł mógł cofnąć czas, zrobiłbym to. Gdybym był w stanie zapomnieć o wszystkim, wróciłbym. Ale nie potrafię. Starałem się, uwierz mi. Naprawdę się starałem. Ale po prostu nie potrafię.

Kolejny śmiech, tym razem zgorzkniały.

- No i zobacz Mądralińska do czego doprowadziłaś. Robię się przez ciebie strasznie sentymentalny.

Chwila cisza,a potem krótkie, prawie niesłyszalne - Przepraszam.

Chłopak przestał zataczać kółka na mojej dłoni. Ogarnęła mnie panika. Nie chciałam żeby przestawał. Nie chciałam, żeby mnie puszczał. Potrzebowałam go.

Skupiłam w sobie wszystkie siły i chwyciłam go za dłoń, a następne powoli uniosłam powieki.

Pierwsze co zobaczyłam to jaskinia i mężczyzna, klęczący przy moim boku.

Nie miał na sobie koszulki, dzięki czemu mogłam zobaczyć jego umięśniony tors i blizny, które go pokrywały. Każda była inna. Każda przerażająca i każda na swój sposób piękna. Wszystkie opowiadały osobną historię, która tak naprawdę była wspólna i dotyczyła jednej rzeczy. Jego życia.

Ale jedna, na przedramieniu mężczyzny, wyjątkowo paskudna, czerwono - żółta, jakby dotąd nie mogła się zagoić, budziła we mnie poczucie winy. Jakbym to ja ją zrobiła.

Uniosłam wzrok. Czarne, wzburzone włosy, jakby czesane wiatrem opadały na twarz mężczyzny, która pełna była ostrości, ale jednocześnie łagodności. Radości i cierpienia.

Usta, zsiniałe od ich wcześniejszego zaciskania, teraz rozciągały się w delikatnym, prawie niewidoczny, uśmiechu.

Ale to wszystko nie było ważne.

Jego oczy grały główną rolę w tej bajce. Miały barwę zieleni, barwę morza, i takie też były. Nieuchwytne, nieprzewidywalne, pełne niespodzianek. Ich spojrzenie miało w sobie tyle magnetyzmu, że mogłam w nich utonąć. Chciałam w nich utonąć.

Mężczyzna uśmiechnął się do mnie i ścisnął mi dłoń z powrotem, a ja od razu poczułam się bezpiecznie.

Ale nagle w jego oczach pojawiło się przerażenie. W jednej chwili cofnął swoją dłoń i rzucił się w głąb jaskini. Chciałam się zapytać co się stało, ale nie mogłam. Znowu otoczyły mnie płomienie, obudził się żar w mojej piersi.

Tonęłam. Potrzebowałam wody,a tonęłam w ogniu. W niekończącej się powodzi ognia.

Obudziłam sę na podłodze i natychmiast poczułam zimno.

- Żyjesz. - rozległ się głos za mną. Otworzyłam oczy i zobaczyłam Alfę siedzącego pięć metrów ode mnie z nieodgadnionym wyrazem twarzy. - Jak się czujesz?

Nie odpowiedziałam, tylko spróbowałam się podnieść. Natychmiast jęknęłam z bólu i opadłam z powrotem na podłogę.

- Uważaj. Mocno oberwałaś.

- Teraz. Mi to. Mówisz. - powiedziałam przez zęby. Alfa wzruszył ramionami.

- Trzeba było chwilę poczekać. - odparł i wstał. - Poczekaj pomogę ci.

Podszedł do mnie i powoli położył swoje dłonie na mojej talii, a ja musiałam się bardzo skupić, żeby się nie zarumienić. Skup się Annabeth, zganiłam się w myślach. Co się z tobą dzieje?

- Na trzy. - Głos Alfy przywrócił mnie do życia. Szybko chwyciłam go za ramiona. - Raz, dwa... - I już siedziałam oparta o ścianę z czymś miękkim za głową. Wydałam z siebie krótkie warknięcie.

- Miało. Być. Na trzy! - powiedziałam zaciskając zęby.

- I co z tego? - Alfa wzruszył niedbale ramionami.

- Co z tego? - powtórzyłam powoli. - To z tego, że nie byłam przygotowana, ty idioto!

- O to chodziło.

- O to chodziło? A więc chciałeś żeby mnie zabolało! - oskarżyłam go.

Alfa wydał z siebie pełne frustacji jęknięcie.

- Bogowie! Nie możemy zakończyć tej durnej dyskusji? Nie chciałem żeby cię zabolało. Chciałem, żeby cię mniej zabolało. Gdybym cię uprzedził to byś się spięła. Rozumiesz?

W jednej chwili nasze twarze znalazły się bardzo blisko siebie, a mi zrobiło się diabelnie gorąco. Oboje mieliśmy przyspieszony oddech,a moje serce waliło dwa razy szybciej, niż zwykle. Musiałam się uspokoić.

Spuściłam wzrok i dopiero wtedy uświadomiłam sobie, że Alfa nie miał na sobie koszulki, bluzy, czegokolwiek. A my wciąż się trzymaliśmy. Natychmiast zarumieniłam się i zrobiło mi się jeszcze bardziej gorąco.

Puściłam jego ramiona, a ona idąc za moim przykładem ściągnął dłonie z mojej talii.

Ale i tak było mi gorąco.

Opanuj się dziewczyno. To tylko goły tors. Wzięłam głęboki oddech.

- Czemu nie jesteś ubrany? - zapytałam, nie patrząc na niego. Zmarszczył brwi.

- Jestem ubrany.

- Nie, nie jesteś. - zaprzeczyłam. - Gdzie się podziała twoja koszulka, bluza, czy cokolwiek tam miałeś?

- Ach o to ci chodzi. - zaśmiał się, kolejny już raz. - Na tobie.

Natychmiast podniosłam głowę, starając się jednocześnie usunąć z głowy wszystkie myśli , jakie się tam pojawiły przez jego oświadczenie.

- Słucham? A co to ma niby znaczyć? - obruszyłam się.

Alfa westchnął.

- To co usłyszałaś. Spójrz.

Rzeczywiście, miałam na sobie jego czarną bluzę i zieloną koszulę, sięgająca mi do połowy ud, na której widniała czerwona plama. Krew.

Alfa wstał.

- Jak to się stało, że twoje ubrania się na mnie znalazły? - zapytałam cicho, choć znałam już odpowiedź na to pytanie.

Chłopak przez chwilę nic nie mówił.

- Ubrałem cię w nie. - powiedział, nie patrząc mi w oczy. Poczułam, jak na moją twarz wypływa rumieniec. Znowu

- Przecież nie o to pytam! Dobrze o tym wiesz!

- Wiem.

W jego oczach nie kryło się już zażenowanie, tylko śmiertelna powaga.

- Ponieważ zaatakował nas potwór i zostałaś ranna. Twoja koszulka była cała nasączona krwią i trucizną. Musiałem ją wyrzucić. A nie mogłem pozwolić żebyś zmarzła, bo byś umarła, więc ubrałem cię w moje rzeczy.

Zniknął ze mnie cały wstyd.

- Pamiętam, jak wchodziliśmy do jaskinii. A potem... Nic. Pustka. - powiedziałam to, jakbym przyznawała się do porażki. I w pewnym sensie tak było. - Musisz mi wszystko opowiedzieć. Co nas zaatakowało, kiedy i dlaczego. I... - rozejrzałam się.

Znajdowaliśmy się w małej, ale o dziwo, całkiem przytulnej jaskini, pełnej półek skalnych. Wejście do niej przysłaniały liczne rośliny, lecz pomimo tego znajdowało się tam małe palenisko, rzucające światło na wszystko dookoła. Leżałam na czymś w rodzaju posłania z koców i byłam w nie też zawinięta. W kącie leżały stosy czegoś co wyglądało mi na ambrozje i nektar oraz butelki pełne wody. I gdzieś chyba nawet zobaczyłam worek drachm. To kryjówka, uświadomiłam sobie ze zdziwieniem, zanim zaczęła we wzrastać podejrzliwość. Spojrzałam na Alfę. - I dlaczego znajdujemy się w jakiejś cholernej jaskini?

Alfa pokręcił głową.

- Najpierw powiedz mi, jak się czujesz. Muszę być pewien, że mogę ci już podać ambrozję. A potem będziesz mogła się mnie pytać do woli.

Wydawało mi się to sensowne więc odparłam. - Boli mnie głowa i jest mi cholernie zimno.

I rzeczywiście. Choć nie bardzo mi się to podobało, to bliskość Alfy, sprawiła, że zapomniałam co mi dolega, ale teraz, gdy tylko się ode mnie odsunął, wszystko do mnie powróciło ze zdwojoną siłą. Głowa pękała mi od bólu, jakby mnie ktoś walnął w nią pałką bejsbolową, i czułam się, tak jakby moje kości zostały najpierw włożone do zamrażarki, gdzie siedziały wiele godzin, a dopiero potem we mnie.

- To dobrze. - odparł Alfa. Otworzyłam usta z oburzenia i miałam już na końcu języka, powiedzenie mu gdzie może sobie wsadzić to jego " to dobrze " , bo dla mnie to z pewnością nie było " dobrze", gdy zorientowałam się o co mu chodziło.

- Teraz możesz mi już podać ambrozję, tak? - upewniłam się.

- Tak. - uśmiechnął się do mnie , po raz pierwszy odkąd się obudziłam, ale tym razem, nie wzbudziło to już we mnie rumieńców, lecz podejrzenia.. - Pójdę po nią. - Powiedział i podszedł do jednego ze stosów. Po sekundzie wrócił i wyciągnął w moją stronę rękę. Wzięłam od niego batonik i już po chwili poczułam, jak ogarnia mnie przyjemne ciepło,a ból głowy zmniejsza się. Spojrzałam wyczekująco na Alfę. Znowu pokręcił głową.

- Najpierw zjedz. Musisz wyzdrowieć.

Spojrzałam na niego spode łba, ale zignorował mnie i wyszedł z jaskini.

Nie mogłam opanować wrażenie, że coś jest nie tak. Alfa był dla mnie zbyt miły, zbyt ... Opiekuńczy. Co prawda nie było tego wiele, ale jednak było.

Nie byłam przyzwyczajona do tego, żeby ktoś się mną zajmował. Od czasu kiedy zniknął Percy, tak naprawdę nie zaznałam miłości. Oczywiście był Daniel, ale oszukiwałabym samą siebie, mając nadzieję, że ktoś taki jak on, potrafiby dotrzymać wierności jednej dziewczynie przez 987 lat. Wszyscy moi przyjaciele, na których mi najbardziej zależało, odwrócili się ode mnie, a najgorsze było w tym to, że mieli do tego pełne prawo.

Ale ja ich potrzebowałam. Pragnęłam, żeby ktoś za mną tęsknił, żeby ktoś mnie kochał. Pragnęłam ... Akceptacji. A Daniel jako jedyny nie oskarżał mnie o zniknięcie Percy'ego. Cieszył się.

Musiałam go przy sobie zatrzymać, inaczej zostałabym już na wieczność całkiem sama.

Więc zmieniłam się. Zrobiłam się bardziej głupia, bardziej próżna, bardziej samolubna i wredna. Udawałam kogoś, kim tak naprawdę nie chciałam i nie powinnam być. Aż w pewnym momencie kompletnie się w tym zatraciłam i nie musiałam udawać kogoś innego. Byłam już kimś innym.

I to wszystko dla Daniela. Daniela, którego pomimo tego, że w końcu zaczęło mi na nim naprawdę w jakimś stopniu zależeć, nienawidziłam. Nienawidziałam go za to, że nie był tym synem Posejdona, którego kochałam.

A potem zjawił się Alfa. Potężny, arogancki dupek, który na dodatek znienawidził mnie od pierwszego spotkania. Ale najwidoczniej troszczył się o mnie. Nie dał mi zginąć, zaopiekował się mną, a nie byłam tak pewna tego, jak postąpiliby inni w jego sytuacji. Czy to dlatego, że byłam o krok od śmierci?

Zaśmiałam się gorzko. Alfa miał zapewne mnóstwo do czynienia ze śmiercią. To musiało być coś innego.

Spojrzałam na wejście do jaskini. Chłopak wciąż tam stał, a już skończyłam ambrozję, więc teoretycznie powinnam była już go zawołać, ale zdecydowałam się jeszcze chwilę zaczekać. Musiałam coś sprawdzić, i pomimo tego, że Alfa niestety oglądał mnie już w bieliźnie, nie chciałam tego robić przy nim.

Powoli rozunęłam poły bluzy bluzy i delikatnie rozpięłam koszulę, przesiąkniętą krwią. To co zobaczyłam spowodowało, że wydałam z siebie głośne syknięcie, czego skutkiem było to, że Alfa natychmiast wrócił do jaskini. Już do mnie podchodził, ale zatrzymał się trzy metry ode mnie, widząc co robię.

Ale nie krępował mnie już więcej. Miałam na głowie coś ważniejszego.

- Ateno miej mie w opiece- wyszeptałam.

Bo oto na moim ciele widniała wielka, poszarpana i nie do końca zabliźniona rana, ciągnąca się z miejsca tuż pod moją lewą piersią, aż do prawego boku. Wylewała się z niej krew, zielona maź i coś czarnego na co nie chciałam patrzeć.

Odwróciłam wzrok. Wiedziałam, że to jedna z tych ran, które pozostawiają paskudne blizny do końca życia. O ile oczywiście przeżyję.

- Blizna nigdy nie zniknie, prawda? - zapytałam Alfę, chcąc być zaprzeczył. Nie zamierzałam pytać czy przeżyję. Chłopak nic nie mówił, ale jego spojrzenie zdradzało wszytko. Zamknęłam oczy i spróbowałam się uspokoić. Nie zamierzałam płakać z powodu głupiej blizny. Miałam ważniejsze problemy. Na przykład to czy przeżyję.

Drżącymi rękami zaczęłam zapinać guziki koszuli, ale Alfa powstrzymał mnie. Spojrzałam na niego pogardliwie.

- Chcesz popatrzeć? - zapytałam drwiąco. - Nie dość się już dzisiaj mnie naoglądałeś?

Zacisnął zęby,a w jego oczach pojawiły się niebezpieczne ogniki.

- Muszę oczyścić ranę, więc tak, chcę sobie popatrzeć. Rozepnij to co zdążyłaś zapiąć.

Już się nie uśmiechał, już nie był miły, już nie był opiekuńczy. Teraz był wojownikiem. Wojownikiem, który rzucał mi nieme wyzwanie. A ja zamierzałam je przyjąć. Nie byłam tchórzem. A w każdym razie już nie.

Rzuciłam brunetowi pogardliwe spojrzenie i jednym ruchem rozerwałam koszulę, powodując, że guziki oderwały się od niej i potoczyły się po jaskini, znikając w ciemnościach.

Alfa w ogóle się tym nie przejął, tylko uklęklnąl koło mnie i wyciągnął dłonie w moją stronę, najwyraźniej chcąc pomóc mi się położyć. Ale ja nie chciałam jego pomocy. I choć bolało mnie, jak w Hadesie, to nie wydałam z siebie najmniejszego odgłosu, gdy kładłam się z powrotem na jaskiniowej podłodze. Wiedziałam, że zachowuję się głupio i irracjonalnie, ale nie obchodziło mnie to.

Byłam zła. Zła na potwora, który mnie zaatakował, zła na Alfę, że ciągle udowadniał mi, jak głupia tak naprawdę jestem. Zła na ranę, przez którą miałam być oszpecona do końca mojego nieśmiertelnego życia. Ale najbardziej byłam zła na siebie. Za to, że pozwoliłam się tak mocno zranić, za to, że pozwoliłam na to, żeby Alfa się mną opiekował i w końcu za to, że pozwoliłam by kierowały mną emocje. Powinnam być bardziej opanowana, powinnam być bardziej skupiona, powinnam być... Powinnam być taka jak kiedyś.

I chociaż Thalia pewnie tego nie chciała, wrzeszcząc na mnie, sprawiła, że się ocknęłam. Nie zamierzałam już więcej zdradzać, tchórzyć, czy zmieniać się.

Drgnęłam, czując delikatne fale na moim brzuchu, przynoszące mi ulgę. Uniosłam głowę i zobaczyłam, że Alfa siedzi pochylony nade mną, a spod jego rąk spływa coś na kształt wodnistej, niebieskiej energii. Zmarszyczyłam brwii.

- Czy to jest woda? - I nie czekając na jego odpowiedź dodałam - Jesteś synem Posejdona?

To dlatego przyjaźnił się z Page. Była jego siostrą! Uśmiechnęłam się do siebie triumfalnie, ciesząc się, że udało mi się nareszcie rozwiązać dręczącą mnie zagadkę.

Ale Alfa uśmiechnął się lekko i pokręcił głową.

- To nie woda, lecz działa podobnie, jak woda dla dzieci Posejdona.

Poczułam nacisk na brzuch i pieczenie. Syknęłam.

- Przepraszam. Muszę oczyścić całą ranę.

- Nie ma sprawy - powiedziałam i zamknęłam oczy. Nie chciałam tego oglądać. - To co to jest, ta " nie woda"?

Mogłam przysiąc, że się zaśmiał, choć nie wydał z siebie żadnego dźwięku. Sprawiło to, że się uśmiechnęłam.

- Ta " nie woda ", jak ją określiłaś to jedna z najczystszych rodzaji energii. Chaos nauczył mnie, jak się nią leczy, w razie gdyby stało się coś bardzo poważnego.

Jego ręce zatrzymały się na sekundę i usłyszałm ciche - Cholera.

- Nie jestem głupia Alfa. Wiem, że jest niebezpiecznie. Ale byłoby mi łatwiej gdybyś mi w końcu powiedział co się wydarzyło.

- Wiem. - powiedział cicho, po czym wziął głęboki oddech i zaczął opowiadać. - U mnie w domu żyje wiele rodzaji potworów, gdyż mamy wiele rodzaji bogów.

Nie wtrącałam się, choć nie wiedziałam do czego zmierza.

- Jest ich tyle, że nie mamy dla nich nawet nazw i po prostu oznaczamy je numerami. Jednak czasami... Istnieją wyjątki.

- Jakie to wyjątki? - zapytałam, uważając na to by głos mi zadrżał

- Czasami, gdy potwory są na tyle wytrzymałe... Scalają się ze sobą i tworzą się niebezpieczne krzyżówki. Nie są bardziej wytrzymałe, niż inne potwory - dodał, uprzedzając moje pytanie - lecz łączą w sobie cechy obu potworów, co powoduje, że gdy zostaniesz przez takiego potwora zraniony...

- To nie przeżyjesz. - dokończyłam . - A ja zostałam zraniona przez taką właśnie krzyżowkę.

- Tak.

Alfa przestał poruszać rękami, ale nie zdjął ich z mojego ciała.

- To po co mnie leczysz, skoro i tak umrę? - zapytałam spokojnie i nie czekając na odpowiedź, otworzyłam oczy. Wpatrywał się we mnie nie ze strachem, smutkiem czy żalem. Wpatrywał się we mnie z pewnością w oczach.

Nie odpowiedział, tylko powrócił do uzdrawiania mnie. Westchnęłam, ale zamknęłam oczy.

- To nie była twoja wina. - powiedział.

- Słucham? Skąd wiedziałeś, że... - urwałam, nie chcąc kończyć tego zdania.

- Domyśliłem się. Nie było to zbyt trudne. Po za tym... Znam cię.

Prychnęłam, czego chwilę później pożałowałam, gdyż wywołało to falę bólu.

- Poznaliśmy się wczoraj..

- Nie do końca.

Otworzyłam oczy.

- Nie do końca? - powtórzyłam.

- Page wcale nie skłamała Annabeth. - spojrzał na mnie przeciągle, a mnie oblał rumieniec. - Zanim trafiłem do Chaosu, byłem jednym z półbogów żyjących w obozie. A potem zbuntowałem się. Nie chciałem dłużej służyć bogom, uważałem, że nie zasługują na to bym poświęcał dla nich życie swoje i swoich bliskich. - spojrzał mi w oczy. - Wciąż tak uważam.

- Więc odszedłeś. - dokończyłam.

- Tak. Page poznałem w zupełnie innych okolicznościach. - dodał, widząc malujące się na mojej twarzy pytanie. - Ale od czasu do czasu, w tajemnicy przed wszystkimi wracałem do obozu co jakieś pięćdziesiąt lat, na dwa tygodnie, tydzień, miesiąc. Raz chyba spędziłem tu pół roku. - Uśmiechnął się do mnie. - Poznawaliśmy się Annabeth już wiele razy. Czasami byłem synem Posejdona, czasami Ateny, a czasami też Hermesa.

Byłam oszołomioma, oburzona, ale też rozbawiona.

- Po co mi to mówisz?

Przez chwilę nic nie mówił, tylko oczyszczał ranę.

- Krzyżówka, która cię zaatakowała została tu pewnie wysłana przez Gaję,a skoro tak, to została starannie wybrana. Nie mogłaś się obronić. Jeden ze scalanych potworów tej krzyżowki, potrafił wynurzać się z cienia. Nie mogłaś go zauważyć, ponieważ wcześniej najwyczajniej w świecie go tam nie było.

Wzruszył ramionami, ale nagle przypomniało mi się coś.

- Ty wiedziałeś. Pamiętam, że zatrzymałeś się i ...

- Przeczuwałem, że się pojawi. - poprawił mnie chłopak. - To zasadnicza różnica.

- Ale skąd?

- Bo mnie też kiedyś zaatakowała ta krzyżówka.

Zamarłam.

- Skoro ja przeżyłem to ty też przeżyjesz.

Prychnęłam.

- Tak, na pewno leżąc w jaskini wyzdrowieję.

Ale co dziwne, myśl o śmierci już mnie nie przerażała. W pewnym sensie, chciałam umrzeć. Ale nie zamierzałam mówić tego Alfie

Chłopak przestał mnie uzdrawiać i podniósł mnie do pozycji siedzącej. Tym razem nie zabolało..

- Skoro umieram, to czemu czuję się lepiej. I dlaczego nie teleportowałeś mnie do Obozu Herosów? Tam na pewno miałabym lepsze szanse na przeżycie.

Jego mina mówiła co innego.

- Posłuchaj Annabeth bo to bardzo ważne. - W jego oczach znowu pojawiły się te niebezpieczne błyski. - W twoim ciele znajduje się trucizna, którą żadne lekarstwo nie jest w stanie pokonać, a przemieszczanie się tylko pogorszyło by sprawy.

Zacisnął ręce na mojej taliii.

- Wszystko zależy tylko i wyłącznie od ciebie. Przeżyjesz jedynie jeśli będziesz silna, rozumiesz?

Kiwnęłam głową, wiedząc, że ma rację.

- Znajdujesz się teraz w czwartym stadium choroby.

- Czwartym? - Powtórzyłam. - A jakie są trzy poprzednie?

Uśmiechnął się pogardliwie.

- Przecież wiesz. I wiesz również, na czym polega to i następne stadium. Jesteś mądrą dziewczyną Annabeth, już dawno się domyśliłaś.

Miał rację. Wspomnienia wciąż do mnie nie wróciły, ale przypomniałam sobie inne rzeczy, których pamiętać wcale nie chciałam.

Najpierw był ogień. Pamiętałam, jak we mnie szalał.

Potem przyszła kolej na otępienie, i pustkę, a po niej znów wrócił do mnie ogień.

Teraz nastąpiła chwilowa poprawa, cisza przed burzą.

- Znowu wróci ogień. - powiedziałam, będąc dziwnie spokojna. - Mam rację, prawda?

Ogniki w jego oczach zaczęły wykonywać piruety.

- Tak. Teraz przyjdzie ogień.

I tak jakby został przywołany, pojawił się. Zrobiło mi się gorąco i poczułam, jak osuwam się w ciemność. Ale tym razem ogień już mnie nie przerażał. Jego ramiona chwyciły mnie w objęcia i zaczęliśmy tańczyć, a płomień w moim sercu rósł i rósł.

- Nie ufaj mu...

Usłyszałam cichy głos, ale nie przejęłam się nim.

Tańczyłam z ogniem, balansując na krawędzi życia