sobota, 23 lutego 2013

Rozdział XIII




soundtrack : Florence + the machine. Breath of life, albo Seven devils. 



Rozdział XIII 



Gdy Matka Ziemia zdecydowała się w końcu okazać litość, i podarować życie, które sama wcześniej dała, Annabeth od razu wiedziała czyja to wina.

Alfa. To dziwne, ale dziewczyna tak właśnie o nim myślała. Słowa Page tylko ją w tym przekonaniu utwierdziły. Percy być może gdzieś tam był, głęboko schowany, ale to Alfa do nich przemawiał, z nimi walczył. To on pojawił się w obozie, gotów go ratować, nie syn Posejdona. 

I może właśnie tak było lepiej? Annabeth nie była pewna, czy byłaby gotowa na konfrontację z Percy'm, jako takim, byłym chłopakiem, a co ważniejsze : byłym przyjacielem. O wiele bardziej odpowiadał jej Alfa, syn Chaosu, nieśmiertelny Wojownik.
I właśnie wtedy, gdy wynurzył się zza Sosny Thalii i usiadł dokładnie pośrodku wzgórza, Annabeth ogarnął dziwny spokój. Nagle, w jednej chwili, wszystko się zatrzymało, a ona nie zakwestionowała ani jednej z tych rzeczy. Mogłoby się teraz wydarzyć cokolwiek, gdziekolwiek, a ona nawet by nie drgnęła. Wierzyła, że cokolwiek Alfa chciałby, albo musiał zrobić, było właśnie tym, co powinno się zdarzyć. Nie miała zielonego pojęcia, skąd bierze się u niej ta całkowita akceptacja i wiara, ale przyjęła ją z wdzięcznością. Dziewczyna miała już serdecznie dość strachu i paranoi, podstępów czyhających na nią z każdej strony.

Ale wszystko co się zdarzyło potem przekraczało wyobrażenia Annabeth.

W jednej chwili dookoła niej wyzwoliły się dwie potężne energie. Córka Ateny miała ułamek sekundy na zarejestrowanie wydarzeń, a potem już wszystko ruszyło. Zdążyła zobaczyć tylko błysk światła, a po chwili coś ugodziło w nią ze zdwojoną siłą.
Gdy się obudziła, leżała na ziemi, a dookoła niej setka obozowiczów, w tej samej pozycji co ona. Co się właśnie stało? Annabeth z jękiem uniosła się na łokciach, a wtem jej oczy dostrzegły czyjeś bezwładne ciało, leżące dokładnie pośrodku wszystkich. Alfa.

Nie musiała się długo zastanawiać. Ignorując ból, poderwała się i ruszyła w stronę chłopaka. Była już metr od niego, gdy zatrzymał ją czyiś zaniepokojony głos.
- Annabeth, nie!

Odwróciła się z niechęcią i ujrzała Chejrona, który co prawda wstał, ale jeszcze nie ruszył się z miejsca.
- Co? - Jęknęła wręcz. Palce ją świerzbiły, musiała dotknąć Alfy.
- Cofnij się! To zbyt niebezpieczne.

- Z powodu Alfy? - Warknęła.

- Nie. - Centaur pokręcił głową, a w jego oczach na ułamek sekundy, zadrgał strach. - Z powodu jej.
Annabeth odwróciła się z powrotem w stronę Alfy, ale niczego nie zauważyła. Zniecierpliwiona zrobiła krok w kierunku chłopaka, i wtedy poczuła pod sobą drzemiącą energię. Dziewczynę natychmiast ogarnął spokój, i w jednej chwili lepiej się poczuła, zupełnie jak nowonarodzona. Spojrzała w dół i zobaczyła kobiecą twarz.
Natychmiast odskoczyła, a z gardła wyrwał jej się zduszony okrzyk.

W ziemi tkwiła kobieta, obrzucona błotem. Dopiero po chwili Annabeth zdała sobie sprawę, że błoto było kobietą.

Zamiast skóry widać było tylko warstwę ziemi. Długie ramiona z początku mocne i gęste, zaczęły robić się coraz mniejsze, aż w końcu zupełnie zniknęły. To co można byłoby uznać za sukienkę, było zbitą masą liści, trawy i kwiatów. Tam gdzie powinna była zaczynać się głowa, widać było ziemistą twarz, wymieszaną tu i ówdzie z korą. Zobaczyć można było wyrzeźbiony w niej nosy, usta, policzki, zamknięte oczy... U góry kwiaty wiły się na kształt włosów, tworząc skomplikowaną mieszaninę barw.

Ale pomimo tego wszystkiego istota była piękna. Każde przejście w ciele, z kory na ziemię, z ziemi w gałąź, było subtelne i prawie niezauważalne. Sama "kobieta" wtapiała się w grunt, tak idealnie, że Annabeth nie była do końca pewna, czy z niej nie wyrasta. Ale pomimo tego, to wszystko jakoś do niej nie docierało. Czuła tylko tą bijącą energię, tą siłę, to życie... Miała ochotę uklęknąć i wtopić się w ziemię, by być jeszcze bliżej, i bliżej, i bliżej ... Już uginała kolana i niemal widziała, jak Piękna Pani, wyciąga do niej dłoń zachęcająco, kusząco... A jakże kusząco!

- ANNABETH!

Usłyszała tętent kopyt, i już po sekundzie unosiła się w powietrzu. Zaraz uderzyła z głuchotem w ciało centaura, i w jednej chwili wyrwała się z zamroczenia.

- Chejronie, możesz mnie już postawić - wymamrotała. Centaur spojrzał na nią przez ramię, a gdy upewnił się, że wszystko jest już w porządku, zgiął pęciny, tak by dziewczyna mogła się bezpiecznie zsunąć po jego zadzie.

Gdy córka Ateny postawiła już stopę na ziemi znowu poczuła tą przepływającą energię. Nie tak mocno, jak poprzednio, owszem, ale jednak. Wbiła wzrok w Chejrona, czekając na potwierdzenie. Aż w końcu, po nieskończenie długiej chwili, ich oczy spotkały się, a stary centaur niemalże niezauważalnie skinął głową.

Obozowicze zaczęli się powoli wybudzać, i teraz rozglądali się nieprzytomnie po otoczeniu. To był najlepszy moment.

- Obozowicze! - krzyknęła Annabeth, skupiając na sobie wzrok zebranych, a skutecznie odwracając go od Alfy. - Fauny! Satyrowie! Wojownicy! Pozbierajcie ciała poległych! Opatrzcie rany! A o zachodzie słońca wszyscy spotkamy się przed Wielkim Domem, i stamtąd pójdziemy na Wielką Polanę!

Rozbrzmiały krzyki radości i podekscytowania, ale też niepewności i strachu. Czy wojny już nie było? A jak tak, to dlaczego? A co się stało z Gają? Czy poległa? W jaki sposób? A może wygrała, a to jest uczta pożegnalna?

Te i inne pytanie rozbrzmiały na Wzgórzu, a Annabeth instynktownie przymknęła oczy, od nadmiaru hałasu.

- IDŹCIE!

Naraz rozpoczęła się krzątanina. Rannych zanoszono do szpitala. Ciała martwych zabierali satyrowie. Wielu nie było, jak znaleźć. Unikano patrzenia w szczeliny i przepaście. Nikt nie chciał dostrzec tam swoich bliskich.

Po godzinie wzgórze w końcu opustoszało. Annabeth przez cały ten czas pilnowała, by nikt nie zbliżał się do Pięknej Pani, ani co gorsza do Alfy. Nawet ona sama do niego nie podeszła. Wszystko w niej krzyczało, żeby sprawdzić czy żyje, co mu jest, czemu się nie budzi. Ale Chejron stanowczo jej tego zabraniał, a ona nie mogła go winić. Cokolwiek się tam stało, jedno było pewne. Stał za tym Alfa, a przeciw niemu: Piękna Pani.

W końcu na wzgórzu została tylko ona i Chejron, oraz grupka niedawno odzyskanych przyjaciól : Grover, Nico, Page i Thalia.

- Co z Alfą? – Córka Ateny usłyszała za plecami czyiś szorstki głos. Natychmiast się odwróciła przestraszona, by zdać sobie sprawę, że stoi przed nią dwóch Wojowników : Ethan i Tanya.

- Ja... - wyjąkała, czując, jak nagle ogarnia ją strach.

- Co z. Alfą. - powtórzył chłopak, z utkwionym w nią natarczywym spojrzeniem.

Zaalarmowany Chejron, stojący na brzegu wzgórza, odprawił ostatniego obozowicza i natychmiast przykłusował do niej z powrotem.

- O co chodzi? - zapytał, marszcząc brwi, w charakterystycznym dla niego geście.

- O Alfę. - Odparła Tanya, bez cienia strachu w głosie. - Co z nim jest?

- Moja droga, nie jestem pewien, czy to odpowiedni czas i miejsce na takie...

- Och, oszczędź sobie. - Przerwała mu dziewczyna, machając niecierpliwie ręką. - Rozumiem, że nie chcieliście wprowadzić w obozie zamieszania, wywołanego pytaniami o Alfę i Gaję. Uszanowaliśmy to i grzecznie czekaliśmy z boku, podczas gdy nasz dowódca leżał nieprzytomny. Ale teraz wszyscy już sobie poszli i sądzę, że czas wyjaśnić parę spraw.

Patrzyła na nich z taką pasją, z takim przekonaniem, że ma rację, że Annabeth odwróciła wzrok.

- My nie wiemy… My…

- My nie mamy wobec was tego obowiązku. – Przerwał jej jęki Chejron. – Zawarliśmy sojusz na czas wojny z Gają. Ale wojny już nie ma, Gaja została pokonana. Uznaję, że sojusz pomiędzy Obozem Półkrwi i Wojownikami Chaosu został rozwiązany.

Centaur wyraźnie oczekiwał jakieś sygnału, potwierdzenia przez bogów, jak to oni zwykle mieli w zwyczaju. Ale nic takiego się nie wydarzyło. Ethan uśmiechnął się złośliwie, a na jego bladej twarzy pojawiła się kpina. 

- A niby skąd wiesz, co się stało z Gają? Skąd wiesz, że została pokonana? – Chłopak uniósł brwi, a centaurowi wyraźnie zabrakło odpowiedzi. – Nie wiesz. Nie masz bladego pojęcia. A o tym wie tylko Alfa i sam Chaos. Dlatego proponuję, żebyśmy sprawdzili co. Z nim. Jest. – Ostatnie słowa zostały wyraźnie podkreślone.

Chłopak wyraźnie chciał przejść, ale mężczyzna zagrodził mu drogę.

- Sojusz…

- Sojusz wcale nie został rozwiązany! Ty o tym nie decydujesz! Gaja…

- Nie. – odpowiedź Chejrona była tak ostra, że Annabeth aż się wzdrygnęła. – Perseusz należy do nas.

- Nie, to Alfa należy do nas! – Wyrwała się Tanya. - Jest Wojownikiem Chaosu, a nie jednym z waszych obozowiczów! Należy do nas, jest naszą częścią, naszą rodziną. I to co potrafi zrobić jest dla was zbyt niezrozumiałe! Nie macie bladego pojęcia, co mógł zrobić, żeby pokonać Gaję! Jakie to ma skutki! A my, owszem!

Bez większych ceregieli przepchała się pomiędzy centaurem, a Annabeth, która nawet nie zaprotestowała, gdy została brutalnie odepchnięta. Tanya miała rację. I choć córka Ateny wiedziała już, że Alfa to nie Percy, a Percy to nie Alfa, to to wszystko uderzyło w nią raz jeszcze ze zdwojoną siłą. A teraz, gdy zdała sobie sprawę, że to wszystko z Gają, i z chłopakiem, i z tym wybuchem energii może być jeszcze bardziej niebezpieczne niż myślała, ogarnęło ją otępienie.

Nieruchomo patrzyła, jak Ethan i Tanya pochylają się nad ciałem chłopaka i przewracają je na plecy, szepcząc przy tym gorączkowo.

Córka Ateny przełknęła ślinę i zmusiła się do skupienia wzroku na twarzy Alfy. Zrobiła jeden krok do przodu, a potem kolejny i jeszcze jedny. Usłyszała strzępki rozmowy.

- … nie myślisz chyba, że…

- … ty…

- … pamiętasz…

-… biblioteka…

- … Chaos…

- … po Rafindyllii…

- …Gaja…

W pewnym momencie na twarzy obojga pojawiło się przerażenie, gdy najwyraźniej coś sobie uświadomili. Chłopak skinął głową i odszedł w kierunku miejsca, w którym Annabeth natknęła się na Piękną Panią.

Annabeth nie zważając na to, w milczeniu kucnęła przed ciałem Alfy i wyciągnęła rękę. Tanya jak na znak przerwała oględziny i wbiła w nią wzrok.

Ale Nieśmiertelna myślała tylko o tym, że chłopak przed nią leżący, mógł być wszystkim, tylko nie żywym.

Z jego twarzy odeszły wszelkie kolory; była biała, jak śnieżny puch, który dopiero co zleciał z nieba. Czarne włosy leżały porozrzucane wokół głowy, a szyja wykręcała się pod nienaturalnym kątem. Annabeth chwyciła zimny nadgarstek Wojownika.
Pulsu nie było.
Jej ręce znieruchomiały. Jak w zwolnionym tempie, nadgarstek chłopaka wysunął się z jej rąk. Przez sekundę dziewczyna tkwiła tak po prostu, jakby nie było w stanie do niej dotrzeć, to co było oczywiste. Ale po chwili wstała i odwróciła się, a gdy w końcu przemówiła, jej głos był zimny jak tafla lodu.

- Zabierzcie go stąd.

poniedziałek, 18 lutego 2013

Rozdział XII

Soundtrack : Oj dużo tego było, dużo... Ale polecam to : Percy Jackson soundtrack - fighting Luke
Rozdział XII
Dokoła wszyscy krzyczeli i uciekali. Panował chaos.
Alfa widział wyraźnie zbliżającą się falę wody. Czuł jej moc, jej potęgę. Obudziły się w nim dawne instynkty. Chciał nią zawładnąć, chciał ją objąć.
Ale nie mógł. Nie wolno mu było.
Woda zbliżała się coraz szybciej, pochłaniając wszystko na swojej drodze.
Spojrzał nerwowo na swoje rodzeństwo. No dalej. Dalej, dacie radę. Dacie sobie radę...
Ale nie dawali sobie rady. Alfa wiedział, że nie dadzą. Ta fala była zbyt potężna dla nich wszystkich, nawet dla Page. Żadne dziecko Posejdona nie byłoby w stanie jej powstrzymać.
A w każdym razie żadne normalne.
Alfa przepchał się przez szalejący tłum i stanął tuż za swoim rodzeństwem. Woda była tuż przed nimi.
- Posłuszeństwo nie jest twoją mocną stroną, prawda?
- Nie… ojcze.
- Chyba jestem temu po części winny. Morze nie lubi więzów.
Woda była tuż przed Page. Alfa zobaczył jak jej oczy rozszerzają się ze strachu.
Teraz będzie musiało je polubić, pomyślał, po czym wyciągnął przed siebie ręce i zacisnął je w powietrzu, skupiając wszystkie myśli na otaczającej go wodzie.
I w jednej chwili stanęła, tworząc wodny mur otaczający ludzi. Energia buzowała w nim i wręcz błagała o wypuszczenie, o uwolnienie...
Alfa natychmiast poczuł uderzenie jej mocy. Przygniatała go, dusiła, zabierała wszystkie siły.
Zaklął w myślach. Minęło zbyt dużo czasu od kiedy ostatni raz kierował tym żywiołem.
Z jego czoła zaczęły spływać krople potu. Nogi drżały mu i miał wrażenie, że zaraz zemdleje z bólu. Czuł się, jak wtedy, gdy trzymał na ramionach cały świat. Teraz trzymał na nich nieuchwytny żywioł.
Czuł, jak wszystko mu się wymyka, fala wyślizguje się z jego rąk.
Ale wtedy zacisnął mocniej ręce i zamknął oczy. Nie zamierzał się poddać.
Skupił w sobie całą siłę i jednym ruchem wypuścił ją, sprawiając, że fala wody zaczęła się powoli cofać, centymetr po centymetrze.
Poczuł drżenie w całym ciele. Coś było nie tak.
Każda komórka jego ciała krzyczała w bólu, każdy nerw. Cała siła zaczęła mu umykać i czuł, że dłużej już nie da rady.
Ale wtedy woda zaczęła wsiąkać w ziemię.
A więc dobrze Percy Jacksonie. Przyjmuję wyzwanie. Przybędę o zmierzchu.
Otworzył oczy i dostrzegł tłum ludzi wpatrujących się w niego w szoku.
- Percy?
Rozejrzał się nieprzytomnie. Percy? Jaki Percy?
Widział spojrzenia obozowiczów, wypełnione lękiem, zdumieniem, poczuciem zdrady.
Gdzieś mignęła mu twarz Thalii i Nico, wykrzywiona w zdumieniu i ... szczęściu?
Co się stało? Co się stało?
Zakręciło mu się w głowie, obrazy zaczęły się rozmazywać.
- Alfa. Chodź. - usłyszał czyiś nerwowy głos. - Oni wiedzą. Wszystko się wydało. Wszystko.
Podniósł głowę, by zdać sobie sprawę, że klęczy na ziemi, a przed nimi widnieje zaniepokojona twarz Page.
- Co? Co wiedzą? - powtórzył nieprzytomnie.
- Percy. Wiedzą, że jesteś Percy'm.
Nagle poczuł, jak czyjeś delikatne ramiona podnoszą go , a po chwili dołączają się do nich inne, silne.
Zaczęli iść, on prawie czołgając się po ziemi. Dookoła rozbrzmiewały krzyki, tupot nóg, ale do niego nic nie docierało.
Wszystko było czarne.

Obudził go straszny ból głowy.
Jeszcze nie do końca przytomny, powoli rozchylił powieki, by zobaczyć zmartwioną twarz dziewczyny, siedzącej przy jego boku.
- Page? - zapytał niepewnie. Jej twarz natychmiast rozchyliła się w uśmiechu, a on zobaczył ślady łez na jej policzkach. - Płakałaś?
- Co? - powtórzyła nieprzytomnie, wciąż wpatrując się w niego z radością.
- Czy płakałaś? - powtórzył pytanie, tym razem bardziej delikatnie.
- Nie! Oczywiście, że nie! - Page od razu zaprzeczyła. - Ja po prostu...
Alfa machnął ręką na znak, że dziewczyna nie musi mu się tłumaczyć, a ona wyraźnie odetchnęła.
- To jak się czujesz? Trochę się o ciebie martwiłam. Zemdlałeś, tak nagle i przespałeś parę godzin, a jest już ósma, czyli około godzin pozostało nam do zmroku, po za tym wszyscy o ciebie pytali, i Chejron i Thalia i Nico, a ja nie wiedziałam co im mam powiedzieć, więc zamknęłam się tutaj, no i...
- Czekaj. - Alfa przerwał słowotok siostry. - O czym ty mówisz? Kiedy zemdlałem? O co ci chodzi z tym świtem? I dlaczego każdy chce mnie zobaczyć?
- Nic nie pamiętasz. - wyszeptała dziewczyna.
Alfa pokręcił głową.
- Nie. I nie mam zielonego pojęcia o czym mówisz. A tak właściwie...- rozejrzał się. - To gdzie my jesteśmy?
Page uśmiechnęła się lekko.
- U mnie w domku. Każdy Nieśmiertelny ma swój własny, pamiętasz? Mówiłam ci to na plaży.
Alfa przytaknął, nie do końca słuchając dziewczyny. Był zbyt zajęty oglądaniem wnętrza domku.
Był dość mały, ale przytulny. Ściany były pomalowane na ciepły beżowy kolor, a z każdego dostępnego miejsca, Alfa widział coś, co symbolizowało morzę. Muszelkę, obraz, piasek na podłodze, czy chociaż glony, czające się w szklance.
Sam chłopak znajdował się w dość małym, jak na niego, łóżku. Stopy wystawały mu znad krawędzi łóżka, i było ono tak wąskie, że Alfa zastanawiał się, jakim cudem, jeszcze z niego nie spadł. Page siedziała na krześle przysuniętym do niego, bo na posłaniu nie starczało już dla niej miejsca. Jej szczupła, podłużna twarz, wykrzywiona była w delikatnym uśmiechu podczas, gdy długie czarne kosmyki wpadały do jej niebieskich oczu.
- Czemu u ciebie jestem? Co się stało?
- Spróbuj sobie przypomnieć.
Alfa westchnął, ale posłusznie zamknął oczy.
Wciąż bolała głowa, i w tej chwili był w stanie skupić się tylko na tym. Ale pomimo tego, wytężył umysł starając się przywołać wspomnienia. W pewnym momencie obrazy zaczęły pojawiać mu się przed oczami. Przypomniał sobie chaos, jaki ogarnął obóz. Widział zrozpaczone spojrzenia ludzi. Krzyki. W tłumie stała Page i pozostałe dzieci Posejdona, jako jedyni spokojni. Najwyraźniej próbowali coś zrobić, tylko ... co?
Chłopak skupił się jeszcze bardziej. I wtedy je zobaczył. Zrozpaczone, ale jednocześnie zdeterminowane spojrzenie Page. Na nią, i na pozostałych spływała wielka fala wody, ale ona nie zamierzała zacząć uciekać.
- Powstrzymałem falę.
- Tak. I.. Gdy to zrobiłeś, byłeś bardzo wyczerpany i... i słaby, i cały się trząsłeś. A potem zacząłeś się zmieniać, urosłeś, wydłużyły ci się włosy i ... Gaja powiedziała, że przyjmuję wyzwanie i przybędzie o zmierzchu, i...
- Nazwała mnie Percy'm Jacksonem.
Milczenie dziewczyny mówiło więcej, niż jakiekolwiek słowa. Zapadła cisza. Alfa nie wiedział co ma zrobić, czy powiedzieć. Czy zacząć się tłumaczyć, wyjaśniać, wyjawić dlaczego zrobił to wszystko, czy wręcz przeciwnie? Gdy patrzył na to teraz, był na siebie wściekły. Dał się ponieść instynktowi, przywiązaniu, chciał ją ochronić. A przecież nic by jej się nie stało.
- Co teraz zrobimy? Wszyscy oszaleli, każdy był przerażony tym co zrobiła Gaję, a potem jeszcze wyskoczyłeś ty, i ... Musiałam cię stamtąd zabrać. Ethan pomógł mi cię przenieść, a Tanya powstrzymała ludzi, ale... Zamknęłam nas tutaj, ale niedługo nadejdzie zmierzch i na prawdę nie wiem co robić, a Thalia i Ni...
- Zatrzymaj się. - Chłopak przerwał jej w pół słowa. - Ile zostało do zmierzchu?
- Około godziny, ale...
- Czy wszyscy są gotowi do walki? Uzbrojeni, na pozycjach, z planem walki..?
- Tak, ale...
- A bogowie?
- Też, ale nie rozumiem. Czy ty chcesz walczyć?- Spojrzała na niego z oburzeniem.
Zamiast jej odpowiedzieć wstał z łóżka.
- Alfa.
Dalej ją ignorował.
- Alfa!
- Co?! - warknął w końcu, odwracając się. Page zamarła na chwilę, po raz pierwszy przestraszona widokiem brata, ale zaraz wzięła się w garść.
- Odpowiedz! Naprawdę zamierzasz teraz walczyć?
- A ty nie?!
- Ja... Ja to inna sprawa! Ty dopiero co zmagałeś się z gigantyczną falą, a wszyscy właśnie dowiedzieli się o twojej prawdziwej tożsamości!
- A czego się spodziewałaś? Że ktoś inny zrobi to za mnie? Że ktoś inny powstrzyma Gaję?! Nikt, NIKT nie jest w stanie tego zrobić! Tylko ja!
Kopnął ze złością leżącą na ziemi parę butów. Za chwilę jednak opadł bezwładnie na krzesło i ukrył twarz w dłoniach.
- Tylko ja - wyszeptał prawie bezgłośnie.
Nie wiedział czy będzie w stanie to zrobić. Z jednej strony chciał tego, jak niczego innego. Ale z drugiej bał się. Bał się przeraźliwie. Prychnął w duchu. Był hipokrytą. Przecież chciał tego. Chciał! A gdy przychodziło co do czego, to nagle nachodziły go wątpliwości.
Problem tkwił w tym, że mogło mu się nie powieść, albo co gorsza mogło mu się powieść tylko częściowo.
- Alfa? - wyszeptała niepewnie Page. Nie odpowiedział. Dziewczyna kucnęła obok niego. Poczuł, jak jej delikatnie dłonie podnoszą jego twarz i przytulają do siebie. - Hej, przepraszam. Byłam przestraszona i nie myślałam.
- W porządku. - Otworzył oczy, a ich spojrzenia skrzyżowały się. Page drgnęła lekko, ale nie puściła jego twarzy.
- O co chodzi? - zapytał zaniepokojony.
- Ja... Po prostu wciąż wyglądasz, jak ty...znaczy się on, w sensie, że Percy. - Dziewczyna potrząsnęła głową, chcąc uporządkować myśli. - Wciąż wyglądasz, jak Percy.
- Och. - Odsunął się od niej gwałtownie i wstał, powodując, że Page upadła na podłogę. Szybko jednak podniosła się i zarumieniona odgarnęła włosy z twarzy.
- Ykhmy... - Odchrząknęła. - To, jak zamierzasz pokonać Gaję?
Alfa podszedł do okna i wyjrzał przez zasłonę. Na błoniach tłoczyli się ludzie, część ubrana w zbroje, część uzbrojona w miecze i łuki. Można było wyczuć nerwową atmosferę w powietrzu, i dziwną, wręcz nienaturalną ciszę.
- Co oni tam robią?
Page usiadła na łóżku i wzruszyła ramionami.
- A co mają robić? Przygotowują się do bitwy.
Alfa westchnął poirytowany.
- No dobrze, ale dlaczego akurat tam?
- A bo ja wiem? Chyba po części dla ciebie.
- Dla mnie? - Chłopak odwrócił się.
Page kiwnęła głową.
- Wiesz... To było... naprawdę dziwne. Znowu zacząłeś wyglądać, jak ty, a potem zemdlałeś, i nikt nie wiedział, co się stało. W końcu tylko parę osób znało... Percy'ego. Więc korzystając na tym, razem z Ethanem zabraliśmy cię tutaj. A potem oni wszyscy nagle się ocknęli i zaraz tu przybiegli i zaczęli się dobijać do drzwi i żądać wyjaśnień.
- Kto?
- Thalia, Nico, Grover... Pozostali, którzy ci... - W porę ugryzła się w język - Którzy znali Percy'ego po prostu stali. A potem herosi, którzy słyszeli o tobie z opowieści, nagle skojarzyli fakty i też tu przyszli. Dopiero potem pojawiła się Annabeth i nagle wszyscy się odsunęli, nikt nie chciał już wchodzić.
Zapadła cisza.
- To jak zamierzasz pokonać Gaję? - zapytała w końcu dziewczyna.
- Słyszałaś może kiedyś o mocy? - odpowiedział pytaniem na pytanie Alfa.
- Mocy? - Dziewczyna zmarszczyła brwi. - Jakiej znowu mocy?
Alfa odwrócił się od okna i spojrzał na nią przenikliwie. Zadrżała. Na twarzy Wojownika pojawił się kpiący półuśmieszek. Podszedł do stolika stojącego na środku pokoju i uniósł rękę nad szklanką wody. Wykonał jakiś nieznany Page gest i po chwili przezroczysty płyn podniósł się i wyleciał ze szklanki, prosto na dłoń Alfy.
- To jest słodka woda. - Tylko tyle zdołała powiedzieć dziewczyna - Myślałam, że dzieci Posejdona mogą władać tylko morską.
Alfa pokręcił głową z uśmiechem, a woda na jego dłoni uformowała się w idealną kulę.
- Tak myślisz?
- Tak, tak myślę.
- W takim razie dlaczego mi się to udaje?
Page nie wiedziała co powiedzieć. Właściwie to nie wiedziała już niczego. Nie rozumiała po co, ani dlaczego Alfa jej to wszystko pokazuje. Jego skoki nastroju wyprowadzały ją z równowagi, i z każdą chwilą Page upewniała się, że chłopak stojący przed nią jest wszystkim, tylko nie przewidywalnym.
- Bo jesteś następcą Chaosu? - Uniosła brwi. - Zresztą czy to ważne? To tylko głupia kulka wody!
"Głupia" kulka wody uniosła się i zawisła w powietrzu, by po chwili zacząć się dzielić na inne, wszystkie tej samej wielkości co pierwsza.
- Alfa...? - Page zaczęła ostrzegawczo. Chłopak tylko uśmiechnął się przebiegle, a kulki poszybowały w stronę dziewczyny i zaczęły wokół niej wirować po idealnych orbitach, jak księżyce wokół planety. - Alfa... - Kulki zaczęły się kręcić jeszcze szybciej i szybciej i po chwili Page miała przed oczami tylko zamazaną smugę. Dziewczyna zamknęła oczy i próbowała opanować wodę, ale nie była w stanie. Wstała sfrustrowana. Przecież to tylko głupia woda! Dlaczego jej się nie udawało! - Alfa, do cholery! Zabierz je!
Chłopak zgniótł dłoń w pięść, a kulki wody zniknęły. Przez chwilę rodzeństwo stało i wpatrywało się w siebie w milczeniu. Alfa spokojny, jak nigdy, a Page wściekła i sfrustrowana.
- Mogę wiedzieć po co to było? Miałeś mi wytłumaczyć, jak poradzisz sobie z Gają, a zamiast tego, ty mi tu jakieś wodne pokazy robisz!
- Usiądź - odparł spokojnie. Page przez chwilę nie wykonała żadnego ruchu, aż w końcu opadła zrezygnowana na łóżko.
- No więc?
- My... herosi, bogowie, fauny, driady i tak dalej... - Chłopak machnął niecierpliwie ręką. - No wszyscy z tego świata, mamy moc.
Page nie była w stanie powstrzymać śmiechu.
- Moc? Jak bohaterowie kreskówek? - Wykrztusiła z siebie.
Chłopak westchnął z poirytowaniem. Podszedł do dziewczyny i usiadł na krześle.
- Każdy z nas ma określony potencjał mocy. Dajmy na to ciebie. Jestem pewien, że świetnie władasz wodą.
Page zarumieniła się.
- Morska wodą. - Dodała pod nosem, ale Alfa i tak ją usłyszał. Pokręcił głową.
- Nieprawda. Twój potencjał mocy jest o wiele wyższy, niż ci się wydaje.
- Czyli? - Page zapytała zaciekawiona.
- Nie jestem w stanie ci powiedzieć. - Alfa wzruszył ramionami. - Większość nigdy nie dochodzi nawet do połowy. Ale tak powinno być. Każdy z nas ma no... Każdy z nas potrafi coś zrobić. Na przykład Thalia potrafi strzelać dwoma błyskawicami z nieba...
- Tak właściwie, to Thalia potrafi...
- To nie jest ważne. - Przerwał dziewczynie Alfa. - Ja tu daję przykład. No więc Thalia potrafi strzelać dwoma błyskawicami z nieba. Ale nie zdaje sobie sprawy, że byłaby w stanie zrobić to ze stoma naraz. To jest jej potencjał. Dalej jej się nie uda, ale to potrafiłaby, albo w każdym razie ewentualnie mogłaby zrobić, gdyby uwolniła wszystkie, - chłopak podkreślił ostatnie słowa - wszystkie siły.
- Naprawdę? - Page spojrzała z niedowierzaniem na brata. - Przecież...
- Większość nigdy nie dochodzi nawet do ćwiartki tego co można byłoby zrobić. A żeby ktoś osiągnął szczyt możliwości to jeszcze się nigdy z kimś takim nie spotkałem. Trzeba być pod presją, adrenaliną, to jest twój ostatni akt, wybuch całej twojej siły.
Page przez chwilę się zastanawiała. W końcu na jej twarzy pojawił się wyraz zrozumienia, ale zaraz zgasł.
- Czyli... co?
Alfa wziął głęboki oddech.
- Dobra, zapomnij o tym.
- Ale ja chcę zrozumieć! - Zaprotestowała natychmiast dziewczyna.
- Źle się do tego zabrałem. Miałem ci wytłumaczyć, jak chcę pokonać Gaję, ale...
Wstał i skierował się w stronę drzwi, ale Page także się podniosła i złapała brata za nadgarstek.
- Alfa... - Spojrzała na niego wyczekująco, a gdy on uśmiechnął się do niej słabo w odpowiedzi, przez chwilę wydawało jej się, że stoi przed nią Percy. - Wytłumacz mi to raz jeszcze. Proszę?
Alfa był zagubiony. Nie wiedział czy powiedzieć jej czy nie. W końcu chyba zasługiwała by wiedzieć. Ale może lepiej nie? Może lepiej byłoby podrzucić jej nadzieje?
Wpatrywała się w niego wielkimi, jak spodki, niebieskimi oczami. Nie chciał jej zranić. Nie chciał też oszukać. Ale co byłoby dla niej najlepsze?
Skąd możesz wiedzieć, odezwał się głos w głowie.
Właśnie zastanawiałem się, gdzie się podziałeś, odparł chłopak ironicznie.
Jestem tobą, pamiętasz? Cały czas jesteśmy razem.
- Alfa...? Tak, czy nie? - zapytała niepewnie raz jeszcze Page.
Co byłoby dla niej najlepsze?
Nie możesz tego wiedzieć.
Był jej bratem.
I co z tego? Ma wielu innych braci.
Uratował ją, gdy była mała.
Tak! Gdy była mała! Byłeś wtedy inną osobą! A jej też w ogóle nie znasz.
Przecież był jej bratem. Był jej bratem, a ona była jego siostrzyczką, była jego małą siostrzyczką?
Kiedy? Tysiąc lat temu? Spędziłeś z nią w sumie około trzy tygodnie!
Ale była jego siostrą. Tylko jej powiedział, kim kiedyś był.
Niechcący. Zadziałałeś impulsywnie. Wiesz o tym.
Wiedział.
- Gaja jest bardzo potężna. Tak potężna, że nie da się jej zabić czy pokonać. By to zrobić trzeba byłoby być silniejszym od niej, a ci, którzy są, mają zakaz wtrącania się w ziemskie sprawy.
- Czyli kto?
- Nyks, Uranos, Chaos... Nie mogą nam pomóc, nawet gdyby chcieli.
- A ty...? - Page wpatrywała się w brata zlękniona.
Może nie powinien jej mówić? Może... Może, może, może...?
Pokręcił głową, w jednej chwili niszcząc nadzieje dziewczyny.
- Nie. Nie jestem od niej silniejszy.
- W takim razie... W takim razie, jak ją pokonamy...?
- Istnieje pewne... zaklęcie, które jest w stanie uśpić Gaję. Ale tak, że już nigdy się nie obudzi. Z tym, że... jest dość trudne do zrealizowania. I nie do końca... zostało wypróbowane.
- Jak to nie zostało do końca zrealizowane? - Page zażądała odpowiedzi. - Nie do końca, to znaczy jak?
Alfa wyswobodził się z mocnego uścisku jej dłoni i znowu podszedł do okna. Zaczął się bawić firanką, unikając wzroku dziewczyny, a po chwili z jego ust wypłynął potok słów.
- Potencjał mocy jest wprost proporcjonalny(*za dużo fizyki :)) do energii życiowej. Im więcej masz mocy, tym więcej energii życiowej, im mniej mocy, tym mniej energii. Żeby kogoś uśpić, musisz... w pewnym sensie za hibernować jego moc, ale tak żeby nigdy nie odżyła. Jeśli ją w ten sposób komuś "zabierzesz", to automatycznie jego energia życiowa również znika. A ostatnio... gdy Gaja zapadła w sen, użyto w stosunku do niej tego samego zaklęcia, ale nie dokończono go. Gaja zapadła w sen, ale w końcu się wybudziła. Gdyby wszystko zostało przeprowadzone od początku do końca, już nigdy by się nie obudziła. Tkwiła by w wiecznym śnie, na granicy śmiertelności. Nie zagroziłaby nikomu.
Page przez chwilę się zastanawiała w milczeniu.
- W takim razie, dlaczego zrobili to tylko częściowo? Dlaczego nie zakończyli?
Alfa długo unikał spojrzenia dziewczyny, wciąż bawiąc się firanką.
- Nic nie jest za darmo. Jeśli chcesz komuś zabrać moc, albo tak jak w tym przypadku za hibernować, to musisz zapłacić. Za każdą zabraną cząstkę, za każdą zabraną siłę życiową, musisz dać dokładnie tyle samo. Musisz poświęcić tyle samo.
- Ale czego? Czym trzeba zapłacić? - zapytała Page wciąż niczego nie rozumiejąc. Alfa posłał jej nieprzeniknione spojrzenie.
- A jak myślisz?
Page wpatrywała się w niego przez dobrą chwilę, aż w końcu jej oczy rozszerzyły się ze strachu, gdy zrozumiała co miał na myśli.
- Nie. Przecież... Przecież ty masz dokładnie tyle samo mocy co Gaja! Dokładnie tyle samo!
Alfa kiwnął głową.
- Nie możesz! Nie wolno ci, nie pozwalam! Jak mogłeś sobie coś takiego wymyślić! - Dziewczyna doskoczyła do chłopaka i usilnie próbowała nim potrząsnąć, ale on stał niewzruszony, w ogóle nie reagując na jej słowa. - Nie pozwalam ci! Nie pozwalam, rozumiesz! Nie możesz dokończyć tego zaklęcia, urwij je w połowie, przerwij! - Dziewczyna wpadła w rodzaj amoku, nie potrafiła się opanować. - Nie możesz tego zrobić, to nie jest tego warte, to nie jest...
- To nie jest co, Page? - Przerwał jej ostro. Z jego oczu sypały się błyskawice. - Jedno życie nie jest tego warte? Przeżyłem swoje. Teraz mogę odejść.
- Ale czemu ty?! Czemu to musisz być ty, czemu nie kto inny!
- A KTO INNY?! - ryknął chłopak, odpychając od siebie Page. Dziewczyna zachwiała się i upadła na podłogę, a w jej oczach zaszkliły się łzy. - Kto inny, jak nie ja?! Nikt nie ma takiej mocy, nikt! Nikt tego nie zrobi, nikt ważniejszy nie będzie chciał! Albo ja, albo nikt!
Stał nad nią, dysząc przeraźliwie, podczas gdy z jej oczu leciały łzy.
- Ale, przecież... Chcesz tak odejść, tak po prostu odejść? Zostawisz nas wszystkich...? - Dziewczyna ledwo wydobyła z siebie te słowa, które tylko jeszcze bardziej rozwścieczyły Alfę. Chłopak roześmiał się drwiąco, a ona zamarła ze strachu.
- Was? Was wszystkich? Kogo? KOGO?! Ja tu nikogo nie mam! Jestem sam, jestem tu sam i nie ma NIKOGO, dla którego miał bym zostać.
Na twarzy Page pojawił się wyraz zranienia. Dziewczyna starła łzy z twarzy i podniosła się.
- Nikogo?! - Powtórzyła ze złością w oczach. - Nikogo?! A Grover?! A Thalia, a Chejron, a Nico, a Annabeth...?! A ja! Jestem twoją siostrą!
- Nie jesteś. Jesteś tylko kolejną córką Posejdona. Nikim więcej.
Page zamarła, a w jej oczach znowu zatańczyły łzy. Nikim więcej. Była nikim więcej.
- Byłaś naiwna! Co myślałaś, że zostanę tu na zawsze?! Że zostanę tu dla ciebie?!
Stali przed sobą, zaciskając pięści i dysząc. Alfa czuł się, jakby Ziemia zrobiła nagle o jedne okrążenie wokół Słońca za dużo. Był wściekły, był zły, był zmęczony i miał już dość. Miał już dość udawania, dość służby, dość obowiązków. Chciał po prostu przestać . A żeby to zrobić, musiał spalić za sobą wszystkie mosty.
Wtem rozbrzmiał ostry, kujący dźwięk ciągnący się po całym obozie. Alfa dopadł drzwi i otworzył je szeroko, by zobaczyć tłum herosów, driad i satyrów biegnących w stronę potworów, zlewających się ze wzgórza. Na jego szczycie Alfa dostrzegł grupę tytanów; giganci i Gaja pozostali niedostrzeżeni. Po chwili zza lasu wyłoniła się Armia Chaosu i w ciągu sekundy trzy grupy starły się ze sobą tworząc zbitą masę.
- Przybyli wcześniej... - wymamrotał pod nosem chłopak. Obrócił się i rzucił ostatnie spojrzenie stojącej nieruchomo Page. - I musisz bardziej w siebie wierzyć, Page. Dasz radę. - I wybiegł z domku, z przeczuciem, że jej już nigdy więcej nie zobaczy siostry.
I miał rację.
Dziewczyna natychmiast wyrwała się z szoku i wybiegła za chłopakiem.
- Alfa! - Biegła, jak najszybciej mogła, ale Wojownik był od niej szybszy. - ALFA! - powtórzyła rozpaczliwie, ale plecy chłopaka oddalały się, tak, że prawie go już nie widziała. - PERCY! - Krzyknęła rozpaczliwie. Chłopak zatrzymał się, a w niej na sekundę odżyła nadzieja. Ale wtedy on zniknął za plecami walczących.
Dziewczyna za plecami poczuła czyiś ciężki oddech. Kierując się instynktem, odskoczyła w bok, a w miejscu, w którym przed chwilą stała znalazł się ostry topór. Podniosła głowę, by zobaczyć Minotaura stojącego nad nią, ubranego w czarną jak noc zbroję, ze śliną, skapującą z obrzydliwego pyska. Poczuła, jak ogarnia ją wściekłość. Pół-byk wyrwał topór z ziemi i zaryczał głośno.
- Witaj stary przyjacielu. - Dziewczyna wyjęła z kieszeni klucz, który po chwili zaczął zmieniać swój kształt, by w końcu uformować się w długi, czarny miecz. - Przyszedłeś po rewanż?
Minotaur zaryczał raz jeszcze i uniósł córkę Posejdona w powietrze, chwytając ją za nogę. Dziewczyna przez sekundę wisiała w górze bezradnie, aż w końcu udało jej się kopnąć drugą nogą łeb Minotaura. Potwór natychmiast ją puścił, powodując, że upadła mocno na ziemię. Z jej ust wydobył się jęk bólu, a na języku poczuła metaliczny smak krwi. Powoli podniosła się. Splunęła na ziemię, a na jej twarzy, pomimo bólu wypłynął drwiący uśmieszek. Zapomniała o Alfie. Teraz musiała walczyć.
- Rozumiem, że to oznaczało tak.

Nico wbił miecz w gardło drakainy, a ta wydała z siebie jeden, ostatni skrzek i zamieniła się kupkę pyłu. Chłopak odgarnął włosy z czoła i skorzystał na tym, że na razie nikt go nie atakuje, oglądając pozycję obozu. Potwory znikały sekunda, po sekundzie, nie stanowiąc większych problemów obozowiczom, a tytanami zajęli się Wojownicy Chaosu. Najbardziej poważny problem stanowili jednak giganci. Na początku bitwy Nico nie był w stanie nigdzie ich dostrzec. On i pozostali, którzy mieli walczyć z dziećmi Gai mieli jasno określone cele. Nie włączać się do bitwy, być gotowym na atak na gigantów. Ale syn Hadesa nie miał zamiaru stać bezczynnie i patrzeć, jak potwory i tytani mordują obozowiczów. Dlatego od razu rzucił się w wir walki, nie będąc w tej decyzji osamotnionym. Problem tkwił jednak w tym, gdzie byli giganci? Mieli za zadanie się nimi zająć, ale jak mieli to zrobić, gdy nie było ich nawet w polu widzenia?
Nico uchylił się przed atakiem ogara i wbił mu nóż w szyję. Potwór zamienił się w proszek. Syn Hadesa zaczął walczyć z potworami automatycznie, nawet nie patrzył kogo zabija. Był skupiony na tym, żeby znaleźć jakiegoś jakiegoś giganta, jakiegokolwiek. Ich wcześniejszy plan wziął w łeb. Teraz trzeba było działać na żywioł.
Chłopak przedzierał się przez tłumy walczących, aż w końcu pole bitwy wypełnił okropny ryk. Wszyscy zamarli, jak jeden mąż, a syn Hadesa obrócił się o sto osiemdziesiąt stopni.
Zza lasu wyłaniał się gigantyczny stwór. Był wysoki, jak dwudziestometrowa sosna, a z każdym jego krokiem, zdawał się rosnąć w oczach Nica. Gigant miał długie, poskręcane włosy i łuski na całym ciele. W momencie, w którym powinny zaczynać się nogi, wyrastały dwa wężowe sploty. Zaginały się w połowie i podtrzymywały potwora opierając na ziemi część tułowia, a wężową głowę unosząc do góry. Gigant wyglądał zupełnie, jak człowiek na kolanach ze stopami po bokach, z tą różnicą, że nogami były węże, a stopami ich głowy.
Nico dostrzegł z oddali, że potwór miał na sobie zbroję, chroniącą jego tułów, ale nic po za tym. Dopiero, gdy gigant wyrwał gołymi rękami sosnę jego wzrostu, i rzucił ją pięćdziesiąt metrów przed siebie, trafiając w domki, Nico zrozumiał, że olbrzymowi nie była potrzebna żadna broń.
Chłopaka ogarnęła jednocześnie wściekłość i podekscytowanie. Wreszcie mógł porządnie walczyć. Obejrzał się za ramię, by zobaczyć znieruchomiałych obozowiczów.
- NA CO CZEKACIE?! - ryknął. - WRACAJCIE DO WALKI!
I zaczął biec w stronę gigantów, przeskakując nad walczącymi. W jego ciało wstąpiła nowa energia i nie miał zamiaru jej zmarnować.
- HEJ! Hej, ty! - wrzasnął, skupiając na sobie uwagę giganta. - Coś ty za jeden?
Olbrzym spojrzał na niego uważnie, po czym odrzucił do tyłu włosy i wybuchnął przerażającym śmiechem, a wraz z nim ziemia zaczęła drżeć. Nico z trudem złapał równowagę i wlepił wzrok w giganta.
- Zadałem ci pytanie! Coś ty za jeden?!
Gigant przestał się śmiać i uśmiechnął się pysznie.
- Jestem Efialtes, syn Gai i Uranosa. Pogromca życia i zdrowia. Złodziej szczęścia, bogactwa i sztuki. Mój śpiew ogłusza i zabiera wolę walki. Zostałem zrodzony by pokonać Apollona. A ty? - zapytał, szczerząc zęby. - Kim jesteś ty, mały herosie. Czyżbyś był dzieciem mego odwiecznego wroga?
Nico powstrzymał się od splunęcia.
- Nie. Jestem Nico, syn Hadesa.
Gigant zrobił zawiedzioną minę.
- W takim razie nie będę z tobą walczyć. Odejdź.
Potwór obrócił się, a Nica zalała fala wściekłości. Nie po to tyle walczył i szukał jakiegokolwiek giganta, by ten stroił sobie fochy.
- JESTEM NICO, SYN HADESA! - ryknął, znowu skupiając na sobie uwagę zdziwionego giganta. - Jeden z Dziesięciu Nieśmiertelnych, Król duchów, Następca Hadesa! Poskromiciel umarłych i strach żywych! I BĘDĘ Z TOBĄ WALCZYĆ, CZY TEGO CHCESZ, CZY NIE!
Wyjął miecz i ruszył, by zaatakować giganta, w ogóle nad tym nie myśląc. Jednak zaraz wyrosły przed nim dwa wężowe łby, zmuszając go do cofnięcia się w tył i upadnięcia na ziemię.
- O nie, mały herosie. Mnie nie wolno ot sobie atakować. Moje drogi przyjaciółki wiecznie czuwają, wiecznie są na warcie
Z czułością pogłaskał dwa węże, który wypięły się dumnie i zaczęły syczeć. Nico z trudem powstrzymał wymioty podniósł się na nogi.
- Nie pokonasz mnie mały herosie. Nie pokonasz mnie.
Nico zerknął w bok i dostrzegł błysk złotego światła.
- Masz rację, nie pokonam cię - powiedział chłopak i zaczął cofać się w tył, coraz bardziej zwiększając dystans pomiędzy nim, a potworem. Ten drugi zaczął się śmiać rubasznie, co chwilę przytakując.
Gdy Nico uznał, że jest już wystarczająco daleko, zatrzymał się, a na jego twarz wypłynął kpiący uśmieszek.
- A w każdym razie nie sam.
Polę bitwy zalał złoty blask, oślepiający wszystkich oprócz Nica. Syn Hadesa zaczął biec, coraz szybciej i szybciej, nabierając rozpędu a mieczem u boku, aż w końcu...
Nawet nie wiedział, jak to zrobił. Pamiętał jedynie przebłyski, gdy wbiegał na giganta, który wierzgał się pod wpływem oślepienia.
- Weź to światło! WEŹ TO ŚWIATŁO! Moje biedne oczy, moje biedne oczy! - Gigant szalał, biegając nie wiadomo gdzie, jak pod wpływem amoku. Nico poczuł smak krwi na języku, gdy niechcący się ugryzł, pod wpływem licznych turbulencji. Chwycił mocno za włosy giganta i uniósł do góry miecz. Błysk światła zniknął, a gigant miał zaledwie sekundę na zrozumienie co się dzieje, gdy ujrzał małego człowieka na swojej zbroi.
- CO TY TU...
- Żegnaj Efialtesie, synu Gai i Uranosa. - Wbij miecz w szyję giganta.
W jednej chwili potwór zaczął kamienieć, by w końcu zamienić się w garstkę pyłu. Nico upadł na ziemię, wprost na zbroję, która była jedyną rzeczą pozostałą po gigancie. Wykrzywił się w bólu, gdy spojrzał na swoją kostkę. Skręcona. Uniósł wzrok do góry, by zobaczyć znikający w chmurach złoty rydwan Apolla.
- Dzięki stary. - wymamrotał.
Dookoła niego walka rozgorzała na nowo, herosi odzyskali siły, widząc upadek jednego z gigantów.
Nico podniósł się z jękiem i rozejrzał się w miarę przytomnie. Co z pozostałymi? Czy też spotkali giganta? A jeśli tak, to czy poradzili sobie?
Wtem powietrze przeciął krzyk bólu. Nico poderwał się i nie zważając na kostkę zaczął biec. Musiał ratować Thalię.

- No dajesz mała. Dajesz. - Dziewczyna wyszczerzyła zęby . Stojąca przed nią drakaina zasyczała i rzuciła się do przodu, ale Thalia jednym ruchem miecza przecięła ją w pół. Uśmiechnęła się złośliwie. - Tak się dzieje z potworami, gdy zadzierają z córką Zeusa. Przykro mi.
Nagle zobaczyła na ziemi przed nią czyiś podłużny cień. Zdążyła tylko się obrócić, a już w następnej chwili poczuła, jak upada na ziemię. Spojrzała w górę, a nad nią wyrosły dwa wężowe łby. Przez sekundę wisiały nad nią, ale wtem jeden z nich zbliżył się. Szybkim ruchem ukąsił ją w ramię, a ona poczuła przeraźliwy ból. Całe jej ciało zaczęło płonąć, była w ogniu, choć go nie widziała. Dziewczyna nie wiadomo kiedy wydała z gardła przeraźliwy krzyk, który przeciął powietrze. Chciała umrzeć. Umrzeć, umrzeć, umrzeć...
- Córeczka Zeusa. Wiesz być może kim jestem?
Zakleiły jej się powieki. Otaczające ją słowa nie dochodziły do niej, czuła tylko przeraźliwy ból. Nawet nie zauważyła, że coś unosi ją w powietrze i zamyka w stalowym uścisku dłoni.
- Oczywiście, że nie wiesz. Prawdopodobnie nic do ciebie nie dociera, moja droga. Zostałaś ukąszona przez moją przyjaciółkę. Jest bardzo trująca, wiesz? Zapewne nie przeżyjesz godziny.
Thalia z trudem przetransformowała dochodzące do niej słowa.
- ... nieśmiertelna... - Zdołała wymamrotać. Otoczył ją głośny śmiech.
- Nieśmiertelna, mówisz? To jeszcze lepiej, będzie długo cierpieć. Co prawda nie umrzesz i w końcu się uleczysz, ale do tego czasu...
Gigant zaśmiał się ponownie, zamrażając krew w jej żyłach. Po raz pierwszy w czasie bitwy poczuła strach.
- Zostaw ją! - Śmiech giganta przerwał znany jej głos. Z trudem rozwarła powieki. Gigant trzymał ją w pięści, a z piętnaście stóp pod nią czarnowłosy chłopak nadbiegał w ich stronę, wyraźnie kulejąc. Nico. Chłopak próbował zaatakować giganta, ale węże czuwały, broniąc mu do niego dostępu. Nico pomimo tego próbował się przez nie przedrzeć. Thalię ogarnęła panika, i mimo bólu zdołała wydusić z siebie ostrzegawcze słowa.
- Nico, nie!
Chłopak na chwilę zaprzestał próby dostania się do giganta, a ten zaniósł się śmiechem.
- Twoja przyjaciółka ma rację, drogi herosie. Spójrz na nią. Ona już doświadcza cierpień jadu gigantyjskich węży.
Thalia zamknęła oczy, niezdolna trzymać je dłużej otwarte, ale nawet pomimo tego dobrze wiedziała, jaka była reakcja Nica.
- ZABIJĘ CIĘ!
- Niby jak? Nie ma tu żadnego boga do pomocy. Jesteście sami, samiuteńcy. Tylko wasza trójka.
Trójka? Thalia spróbowała rozchylić powieki, ale nie była w stanie. Była zbyt słaba.
- Tak wasza trójka. Wasza droga przyjaciółka, córka Posejdona już tu nie biegnie, ale to na nic. NIKT NIE POKONA WIELKIEGO MIMASA!
Thalia skrzywiła się z bólu, gdy gigant zaczął śmiać się.
- Thalia, pokonaj go!
Córka Zeusa z trudem zarejestrowała dobiegające do niej słowa.
- Page...? - wyjąkała.
Nagle zaczęła się kręcić. Gigant musiał się poruszyć.
- Synu Hadesa, możesz mnie atakować ze wszystkich stron, ale i tak nigdy mnie nie pokonasz.
A więc Nico. Być może chciał odwrócić uwagę giganta od Page? Thalia nie była już pewna.
- Thalia, uderz go błyskawicami. Pokonasz go!
Córka Zeusa słabo pokręciła głową.
- Nie dam rady.
- Dasz! Na pewno dasz! - Page krzyknęła rozpaczliwie. - Tylko musisz to wiedzieć!
- Ale... Ja nigdy wcześniej... nigdy wcześniej... Ja tylko jedną...
- Wiem! Ale tylko dlatego, ze ty nie wiedziałaś, że możesz to zrobić! A możesz! Tylko spróbuj. Jesteś Nieśmiertelną i półbogiem w jednym! To wystarczy! TYLKO STRZEL TYMI BŁYSKAWICAMI Z NIEBA!
Thalia otworzyła oczy i spojrzała w dół. Nico odwracała uwagę giganta od ich rozmowy, tego była pewna. Jego długie, czarne włosy szalały na wietrze, a powietrze przecinał czarny, styglisjki miecz. Dalej, za nim stała Page po prostu wpatrując się w nią. Z nogi leciała jej krew, ubranie miała poszarpane, a włosy posklejane brudem, ale stała pewna siebie. Jej spojrzenie niebieskich oczu było dokładnie tym, czego Thalia potrzebowała.
Nie zamierzała pozwolić przyjaciołom zginąć, poświęcić się dla niej. W końcu była Thalią. I nie była bezsilna.
Uniosła wzrok ku górze, ku niebu i skupiła się na czarnej, burzowej chmurze. Bolał ją każdy nerw jej ciała, i czuła się, jakby w każdej chwili miała umrzeć. Ale nic jej to nie obchodziło. Zamknęła oczy, a niebo przeszył błysk. W ułamku sekundy uderzyła w nią i giganta fala elektryczności. Potwór rozpłynął się w powietrzu, a ona runęła w dół, wprost w otwarte ramiona Nica, czując, jak wszystkie komórki jej ciała płoną.

Nico cofnął się, a fala błyskawic uderzyła w giganta. Chłopak poczuł, jak ogarnia go przerażenie gdy zdał sobie sprawę, że śmiertelna broń uderzyła także w Thalię. Gigant rozsypał się w nicość, wyswobadzając z uścisku dłoni, Thalię. Nico w ostatniej chwili dobiegł do niej w ostatniej chwili i złapał, ratując przed upadkiem na ziemię. Poczuł, jak jego kostka krzyczy w proteście, a nogi uginają mu się pod wpływem ciężaru dziewczyny. W jednej chwili ogarnęło go zmęczenie i upadł na ziemię, z Thalią w ramionach.
Obudził się na ziemi. Koło niego leżała Thalia, a przed nimi klęczała pochylona Page. Trochę dalej stała Annabeth, wpatrująca się w nich niepewnie. Podniósł się, czując straszny ból głowy.
- Co się dzieje? Gdzie się podziały potwory i bitwa?
Annabeth podeszła bliżej i wymieniła z Page porozumiewawcze spojrzenie.
- Jest przerwa.
- Przerwa? - Powtórzył Nico. - Od czego?
- Od bitwy.
- Ale dlaczego?
Page przygryzła wargę i odgarnęła włosy z czoła Nica.
- Gdy Thalia pokonała Mimasa, złapałeś ją i zemdleliście. W tej samej chwili wszystkie potwory zaczęły się wycofywać, a razem z nimi giganty i tytani. Gaja ogłosiła, że mamy godzinę na poddanie się, albo ona sama wkroczy do walki. - Page przełknęła ślinę, a po chwili uśmiechnęła się do Annabeth. - Nie wiedziałam co z wami zrobić, ale na szczęście pojawiła się Ann i opanowała sytuację. Zostaliśmy w tym samym miejscu co teraz, bo nie chcieliśmy... Pogorszyć Thalię...
Nico spojrzał na leżącą obok niego dziewczynę. Włosy leżały rozrzucone po obu stronach jej głowy, a na ramieniu widniały dwie dziurki.
- Ukąsił ją wąż gigantyjski wyrastający z Mimasa. A potem, gdy uderzyła w niego błyskawicami i przeszedł go prąd, automatycznie przeszedł też ją. Nie byłyśmy pewne co zrobić, ale chyba dochodzi do siebie. Parę razy prawie się już obudziła. Ten atak... nieźle ją wykończył.
I właśnie w tym momencie córka Zeusa otworzyła oczy.
- Cześć - wymamrotała. - Co macie takie miny?
Cała grupka roześmiała, po raz pierwszy od dłuższego czasu.
- Byłaś niesamowita, Thals. Załatwiłaś tego giganta sama jedna.
Thalia zarumieniła się, ale pokręciła głową.
- Nie zrobiłabym tego bez Page. W ogóle nie wiedziałam, że potrafię zrobić coś takiego, dopóki ona mi nie powiedziała.
Wszystkie spojrzenia skierowały się na Page, która wstała niepewnie i strzepała kurz ze spodni. Za nią podniósł się Nico i pomimo protestów, Thalia.
- Skąd wiedziałaś? - Zadał, dręczące wszystkich pytanie, Nico. - Skąd wiedziałeś, że jest w stanie strzelić kilkoma błyskawicami naraz?
- No... Od Alfy.
Zapadła niezręczna cisza.
- Chyba chciałaś powiedzieć "od Percy'ego". Bo to Percy, a nie Alfa - warknął Nico.
Page skuliła się w sobie pod wpływem jego spojrzenia.
- Nico posłuchaj...
- Nie, to ty posłuchaj! - Krzyknął syn Hadesa. - Czekaliśmy na niego! Czekaliśmy na niego tysiąc lat, szukając go, i nie poddając się. Wierzyliśmy, że żyje, ale on nie pojawiał się, rozumiesz?! NIE POJAWIAŁ SIĘ! Aż w końcu, gdy przybył i nas oszukał... Oszukał, rozumiesz? I tym o tym wiedziałaś, ale nie raczyłaś nam powiedzieć...! - Podczas jego wywodu Thalia stała cicho, nie odzywając się, ale na jej twarzy widać. było zranienie. - I TY! - Chłopak skierował swoją wściekłość na Annabeth. - Pobiegliśmy za Percy'm, jak głupi, chcąc tylko się upewnić, że to on, a wtedy ty to potwierdziłaś! Wiedziałaś! Obiecałaś nam wyjaśnień, to żądamy wyjaśnień!
Annabeth wyglądała na skruszoną.
- Sluchaj, Nico.
- Nie, Annabeth. - Przerwała jej Page, kładąc dłoń na ramieniu dziewczyny. - Ja się tym zajmę.
Córka Posejdona wzięła głęboki oddech, po czym jej oczy przybrały stanowczy wyraz twarzy.
- Alfa to nie Percy. Owszem to ta sama osoba fizycznie, mają te same geny, tego samego ojca i matkę. Mają to samo ciało. Ale to nie są. Te same. Osoby. - Położyła na ostatnie słowa szczególny nacisk. - Alfa to nie jest Percy jakiego wszyscy znamy. Nie jest naszym przyjacielem, kuzynem, chłopakiem, bratem i tak dalej. To Wojownik, który nie czuje do nas absolutnie nic. Przybył tu po to, żeby wykonać swoją misję. I tyle. Po nic więcej. My już się dla niego nie liczymy. I jasne mogłabym ci wszystko po kolei wytłumaczyć, ale po co? Mam ci mówić, że nas nienawidzi? Mam ci mówić, że wcale nie chce tu być? Mam ci mówić, że jesteśmy naiwni. - Jej głos zadrżał, a oczy zalśniły gniewem. - Więc jesteśmy. Jesteśmy naiwni, wierząc w to wszystko. Alfa nie przybył tu dla nas, i nie chciał, by ktokolwiek się o nim dowiedział. I miał ku temu dobry powód. Więc albo to zrozumiesz i będziesz z nami walczył, albo idź i zachowaj się, jak dziecko, tylko nie tutaj!
Odezwał się ostry, kujący dźwięk.
- Wzywają nas - powiedziała Page. W jej oczach jarzyły się niebezpiecznie błyski. - Idziecie czy nie?

Na wzgórzu Herosów stały dziesiątki obozowiczów, nimf i Wojowników Chaosu. Każdy z nich miał ranę na ciele i podarte ubranie, a niektórzy ledwo trzymali się na nogach. Ale byli tu wszyscy. Absolutnie wszyscy, którzy wciąż byli żywi.
Alfa dostrzegał Grovera, stojącego w pierwszym rzędzie i mamroczącego coś do otaczających go satyrów. Nica wraz z Thalią i Annabeth. Dziesięciu Nieśmiertelnych.
Przewodniczący domków wygłaszali ostatnie słowa otuchy swojemu rodzeństwu, inny sprawdzali stan zbroi i mieczy. Chejron liczył strzały w kolczudze, a nad ludźmi wyczuwało się boską aurę. Olimpijczycy byli w pogotowiu.
Z tego całego zbiorowiska jedynie Page była spokojna. Trzymała w dłoni swój miecz, ale nie zwracała na niego uwagi, zupełnie, jakby spodziewała się, że walki nie będzie.
I miała rację.
Alfa wyszedł zza sosny Thalii, wciąż jednak stojąc w jej cieniu. Gromadził siły i całą energię. Wiedział, ze będzie mu potrzebna każda, nawet najmniejsza jej cząstka. Przez całą bitwę nie zrobił prawie niczego. Nie chciał wyczerpać sił, a zależało ma na znalezieniu Gai. Jednak ani jej, ani jej gigantów nigdzie nie było widać. Natomiast, gdy w końcu jacyś się pojawili, herosi byli skazani prawie na siebie. Alfa pluł sobie w brodę, bo Gaja jednak trochę go przechytrzyła. Chciał zakończyć tą bitwę jak najszybciej, natomiast ona bawiła się z nim w kotka i myszkę.
Herosi... Poddajecie się, czy mam zmiażdżyć was wszystkich w pył?
Odpowiedziała jej postawa obozowiczów.
No dobrze... Do widzenia, drodzy herosi. Nastaje nowa era, lecz bez was.
Przez chwilę nic się nie działo.
A wtedy bogini zaatakowała.
Ziemia zaczęła drżeć, coraz mocniej i mocniej. Ludzie tracili równowagę i upadali na ziemię, bezskutecznie próbując się podnieść. Tworzyły się przepaście pomiędzy ludźmi, obóz zaczął dzielić się na kawałki. Dookoła rozbrzmiewały krzyki driad, gdy ich drzewa zaczęły wyrywać się z korzeniami. Rośliny oszalały. Wyciągały długie łodygi i zaciskały je wokół ofiary, dusząc bezlitośnie. Ludzie wpadali w przepaście, a ich krzyki ciągnęły na długo potem. Zapanował chaos.
Alfa wynurzył się zza sosny i nic sobie nie robiąc z trzęsienia ziemi, usiadł dokładnie pośrodku wzgórza.
Zamknął oczy.
Czuł dookoła niego potężną energię, jedną z największych jaką kiedykolwiek spotkał.
Chwycił się jej. Uczepił się jej w myślach i nie zamierzał puścić, choć ta bardzo chciała się uwolnić.
Gaja natychmiast przestała atakować, a obozowicze wlepili wzrok w chłopaka.
Co robisz?!
Otaczająca go energia była pełna życia. Wszytko w niej pulsowało, a Alfa poczuł nagle nieodpartą chęć po prostu położenia się w niej, zaśnięcia...
Otrząsnął się i skupił się na punkcie, na którym najbardziej mu zależało.
Moc boginii była jedną, wielką kulą, skupiającą w sobie życie i energie.
Co ty wyprawiasz?!
Alfa nie mógł zabrać bogini mocy. Ale mógł ją ... uciszyć.
Skupił się w sobie całą moc. A potem po prostu ją... wypuścił.
Dwie wielkie kule energii zderzyły się ze sobą, pochłaniając się nawzajem bez żadnej litości. Znikały pod wpływem swojego dotyku i z każdą sekundą Alfa czuł, jak opuszcza go życie.
Nie odważysz się! Nie odważysz się tego skończyć! Jeśli to zrobisz sam zginiesz! Nie masz wystarczająco dużo mocy!
Alfa uśmiechnął się w duchu. Dwie kule malały coraz bardziej i bardziej, aż w końcu całkowicie zniknęły. Alfa był na granicy śmierci. Czuł to. Chciał tego.
A może ja chcę zginąć?
Utkwił wzrok w ostatnim kawałeczku mocy Gai.
A potem wypuścił z siebie ostatnią cząstkę życia prosto by ją pochłonęła.

poniedziałek, 31 grudnia 2012

Rozdział XI



Śpieszyłam się niemiłosiernie bo miałam dokładnie sześć godzin na napisanie tego rozdziału. Dzisiaj w południu wykradłam tacie Ipada (bezczelna ja), a miałam postanowienie, ze wstawię o północy.
I wstawiłam.

Dziękuje za liczne komentarze, przepraszam, że na nie nie odpowiem, ale miałam nóż na gardle. Nie zdążyłam nawet tego przeczytać raz jeszcze!

Informuję was, że przegapiłam odliczanie. Pierwszą sekundę nowego roku spędziłam biegnąc po schodach na niebotycznie wysokich szpilkach, tylko po to by się dorwać do komputera. Stłukłyśmy z przyjaciółkami parę kieliszków (dosłownie ), wylałyśmy szampana na biurko...

Wszystko dla was.

Jest 2013 r.

Mam nadzieję, że to będzie szczęśliwa trzynastka i tego wam życzę.

Mówią, że to co się zdarzy w Sylwester będzie się działo przez cały rok.

W takim razie ten rok spędzę pisząc. Biegnąc w szpilkach i krótkich spodenkach po mrozie, byle tylko zobaczyć fajerwerki, słysząc przekleństwa Niki nad uchem, i jej zapowiedzi, że mnie zabije. Tucząc kieliszki. Niszcząc drogi sprzęt. Tańcząc.

I chyba mi to odpowiada.

A wy? Jaki będzie was szczęśliwy trzynasty? :)

Rozdział XI

Tej nocy Annabeth spędziła wiele godzin, po prostu patrząc się na domek Posejdona. Nie weszła, nie zapukała. Po prostu stała.

I było jej z tym dobrze. Odczuwała dziwny spokój, jakby nienaturalny. Cały żal, wściekłość, niedowierzanie i wszystko inne co się w niej kłębiło po prostu... wyparowało.

W końcu wróciła do swojego domku i usiadła przed biurkiem z wszystkimi jej zapiskami i dokumentami.

Nie wiedziała ile tak siedziała, ale gdy zegar na biurku wskazał ósmą, wstała, zdeterminowana, by ujawnić prawdziwą tożsamość Alfy.

Dopiero, gdy szła do Wielkiego Domu, dotarło do niej, jak wielkie to ma znaczenie. Chłopak oszukał ich wszystkich, manipulował nimi, drwił z nich. Z każdą chwilą jej gniew rósł, a ona nie mogła się doczekać, gdy w końcu znajdzie mu ujście.

Ale najgorsze w tym wszystkim było to, że była tego pewna. Wszystkie czynniki potwierdzały jej teorię, każdy nawet najmniejszy szczegół.

Alfa twierdził, że ma ponad tysiąc lat. Wtedy nie widziała żadnego połączenia pomiędzy nim, a Percy'm bo, zawsze wyobrażała sobie tego drugiego, jako siedemnastolatka, ale przecież ona sama w tym roku skończyła tysiąc trzy lata!

Alfa wcześniej był półbogiem, który odszedł z obozu, bo bogowie go zdradzili. Pasowało! W końcu, co jak co, ale Percy mógł się poczuć zdradzony… Na chwilę jej pewność siebie została zastąpiona wstydem, który jednak bardzo szybko się ulotnił. Wszystko zasłaniało jej, jak na ironię losu, poczucie zdrady, której dopuścił się wobec niej chłopak, nie zdradzając kim tak naprawdę jest.

A mogła się domyśleć! Był przyjacielem Page, którego poznała poza obozem. Annabeth dobrze wiedziała, że Page rzadko wychodziła ze schronienia. A przecież, gdy była mała i przybyła do obozu, ciągle opowiadała o tym, jak jej wielki brat, uratował ją przed atakiem smoka.

A na dodatek Alfa wyraźnie ciepło się odnosił się w stosunku do Thalii i Nica, których teoretycznie rzecz biorąc, nie powinien wcześniej w ogóle znać!

- Annabeth? - usłyszała za sobą. Odwróciła się napięcie i jak na zawołanie zobaczyła Thalię, Nica, Page i Grovera. To właśnie satyr do niej zawołał. Jej dawny przyjaciel natychmiast do niej podbiegł i ku jej zdziwieniu chwycił ją w objęcia.

- Grover? - zapytała powoli. - Czy coś się stało?

Satyr odsunął ją od siebie na odległość ramienia i zaśmiał się nerwowo. - Czy coś się stało? Nie wiedzieliśmy czy jeszcze żyjesz!

- Naprawdę?

Zaraz wokół niej stanęli pozostali półbogowie. Thalia przez chwilę wpatrywała się w nią w uwagą, po czym ostentacyjnie odwróciła głowę, jakby udawała, że córki Ateny wcale tam nie ma. Nico miał nieprzenikniony wyraz twarzy, a Page, która stała najbardziej na uboczu lekko się uśmiechała.

-Oczywiście, że tak! Och, Annabeth! - Grover znowu mocno ją objął. Niezręcznie poklepała go po plecach, a na jej twarz wpłynął delikatny uśmiech. Chyba odzyskała przyjaciela. - Alfa wczoraj pojawił się z tobą w sali tronowej, i powiedział, że zaatakowała cię jakaś krzyżówka!

- Och. No tak. - Annabeth pokiwała głową. Była tak pochłonięta myślą o Alfie będącym Percy'm, że całkowicie zapomniała o ataku potwora. - Mówił coś jeszcze?

- Tak. - Po raz pierwszy odezwał się Nico.

- A konkretnie?

- Powiedział, że to czy wrócisz zależy od ciebie samej. Że to ty wybierzesz czy wolisz życie lub śmierć. - Odparł spokojnie, jakby była to najnormalniejsza rzecz na świecie.

Annabeth poczuła, jak na jej twarz wypływa rumieniec. - Och. Jak widać wybrałam życie. - mruknęła, nie patrząc na nikogo.

- Nie byliśmy tego tacy pewni. - W końcu odezwała się Thalia. Annabeth natychmiast podniosła wzrok i napotkała powściągliwe spojrzenie dziewczyny. Była Łowczyni po prostu patrzyła na nią w skupieniu, ale Annabeth wyczuwała coś jeszcze. Może lekki strach? Żal...? - Grover był przekonany, że czułaś się tak samotna, że postanowiłaś się zabić. - Dodała beznamiętnie. Annabeth spojrzała po kolei na każdego, ale wszyscy mieli taki sam wyraz twarzy.

- Zrozumieliśmy, że... Nie ma co chować dawnych uraz. Percy zniknął ... - Głos Grovera załamał się na chwilę, a oczy Thalii ściemniały - Ale już czas byśmy o tym zapomnieli i poszli dalej. W końcu on i tak nigdy tu już nie wróci, a ty... Jesteś naszą przyjaciółką, pomimo wszystkiego. I nie chcemy stracić też ciebie.

Annabeth przez chwilę stała nieruchomo. Nie wiedziała co ma powiedzieć.

Spojrzała pytająco na Nica. Usta zadrgały mu w czymś, co można było uznać za półuśmiech, i już wiedziała, że on jej wybaczył. Page kiwnęła głową zachęcająco, a Grover wpatrywał się w nią błagalnie. Jedynie Thalia pozostała niewzruszona i nie wykonała żadnego ruchu, mającego świadczyć o to, że zgadza się ze zdaniem reszty. Ale także nie zaprzeczyła.

- Jasne. - Uśmiechnęła się w końcu słabo Annabeth. - Tęskniłam za wami.

Ku jej zdziwieniu Nico objął ją niezręcznie, a zaraz po nim Page, z którą córka Ateny nigdy przecież nie była blisko.

- Właśnie szliśmy do Wielkiego Domu - powiedział Grover, gdy w końcu znowu zaczęli iść.

- Naprawdę? - Zdziwiła się Annabeth. - Po co?

- Jest narada. Nie wiedziałaś? - Nico spojrzał na nią podejrzenie. - Przecież szłaś w tamtą stronę.

Teraz cała czwórka wlepiała w nią spojrzenie.

- Ja .. Chciałam się zobaczyć z Chejronem.

- Och. Chciałaś z nim o czymś porozmawiać? - zapytał się zaciekawiony Grover.

Annabeth zawahała się. Mogła im teraz wszystko powiedzieć. Mogła im powiedzieć o Alfie i o jej przypuszczeniach na temat jego prawdziwej tożsamości. Mogła im powiedzieć, że wszystkich ich oszukał, że wcale nie był taki wspaniały

- Zrozumieliśmy, że... Nie ma co chować dawnych uraz. Percy zniknął ... Ale już czas byśmy o tym zapomnieli i poszli dalej. W końcu on i tak nigdy tu już nie wróci, a ty... Jesteś naszą przyjaciółką, pomimo wszystkiego. I nie chcemy stracić też ciebie.

- Nie. - Skłamała. - Chciałam się po prostu zapytać, co się działo, gdy byłam... niedysponowana. O niczym innym nie chciałam rozmawiać.

Gdy w końcu doszli do Wielkiego Domu i weszli na spotkanie, Anbaeth została wylewnie przywitana przez większość jego członków. Nie była na to w najmniejszym stopniu przygotowana, ale ucieszyła się. W myślach przyznała rację Alfie. Jednak miała tu przyjaciół.

Gdy wszyscy już usiedli i upewnili się, ze córka Ateny jest cała i zdrowa, a Chejron poinformował ich, że czekają jeszcze tylko na Alfę, Annabeth zerknęła na Thalię.

Córka Zeusa wydawała się być z całego towarzystwa najbardziej niezadowolona. Siedziała w kącie z rękami założonymi na rękach i nie odzywała się do nikogo. Podczas gdy cała reszta zasypywała Annabeth wieściami dotyczącymi planu Alfy, ona jedna nie robiła nic. Zachowywała się zupełnie, jak wtedy gdy obydwie dziewczyny wciąż były ze sobą skłócone.

A może wciąż jesteśmy?, zapytała się siebie Annabeth. W końcu Thalia nie odezwała się do niej ani słowem, nie wykonała żadnego gestu w jej stronę, nie zrobiła właściwie niczego, co miałoby sugerować, że jej wybaczyła. Po prostu cały czas milczała.

Annabeth zagryzła wargi. Musiała się uporać z (nie)istniejącą przyjaźnią z córką Zeusa, problemem Alfy/Percy'ego i na dodatek nadchodzącą wojną.

Normalka.

I właśnie wtedy przez drzwi przeszedł Alfa, ubrany w czarny kaptur.

Annabeth natychmiast zaczęła dokładnie analizować każdy jego ruch, porównując go z tymi, zapamiętanymi wcześniej u Percy'ego.

Można było powiedzieć, że mieli ten sam chód. Z naciskiem jednak na „można", bo córka Ateny zbytnio nie pamiętała, jak chodził jej były chłopak. W końcu nie było to coś do czego przywiązywała zbytnio wagę.

Ale mieli podobną budowę ciała. Prawie ten sam wzrost. Alfa wydawał się być minimalnie niższy.

- Przepraszam za spóźnienie, ale musiałem załatwić coś ważnego. – oznajmił chłopak i szybko usiadł koło Chejrona. Głos. Mieli podobny głos. Co prawda Alfy był bardziej basowy, niż barytonowy Percy'ego, ale wciąż.

- Mój drogi, może zdjąłbyś ten okropny kaptur z głowy. – zasugerował stary centaur. – Będzie nam łatwiej się porozumiewać.

Alfa zamiast zaprotestować, jak większość spodziewała się, że zrobi, zdjął z głowy czarny kaptur. Oczom zgromadzonych ukazała się ta sama w twarz co wcześniej. Czarne włosy, niebieskie oczy. Nic nadzwyczajnego.

Annabeth zaklęła w duszy. Całkowicie zapomniała o tym, że przecież Alfa już raz pokazał jej swoją twarz.

Ale wtedy w nią uderzyło. Przecież Percy mógł zmienić swój wygląd. Po za tym… Przyjrzała się bliżej twarzy Alfy i ze zdumieniem coś na niej rozpoznała.

Nos. Chłopak miał dokładnie taki sam nos jak Percy. Annabeth nie miała co do tego cienia wątpliwości, bo dobrze pamiętała, że Percy nos odziedziczył po ojcu, a w końcu dziewczyna spędziła wiele godzin na projektowaniu posągu boga.

Gdy dziewczyna przyglądnęła się bliżej Wojownikowi dostrzegła inne podobieństwa. Obaj chłopcy mieli równie pełne wargi, i taką samą linię szczęki. Z każdą chwilą Annabeth widziała coraz więcej Percy'ego w Alfie.

To musiał być on. Nie było innej opcji.

- Czy dokonaliście selekcji? – Dobiegł ją głos Percy'ego/Alfy.

- Tak.

-Ustanowiliście też, który bóg będzie walczył, z którym herosem?

- Tak. Zeus z...

- Nie musisz mi mówić. - Przerwał mu Wojownik. - Ważne żebyście wy wiedzieli co i jak. A teraz... Plan bitwy.

Jeśli do tej pory ktoś go nie słuchał, to właśnie zaczął.

- Nie wiemy dokładnie, jak działają bariery ochronne obozu, teraz gdy potwory się przez nie przedarły, ale moi ludzie dowiedzieli się, że najsłabszy jest fragment przy sośnie Thalii. Tam prawdopodobnie zjawi się Gaja z armią. Gdy tylko wkroczą do obozu zaatakujcie. Pamiętajcie macie ich tylko zająć. Oczywiście możecie ich zabić, ale nie poświęcajcie się dla tego. Rozumiecie?

Zgromadzeni pokiwali głową.

- Ja w tym czasie pokonam Gaję. Gdy tytani i giganci spostrzegą, że ich matka poległa, poddadzą się, lub zaczną uciekać. Wygrana będzie nasza.

Nie uszło uwadze Annabeth, że Alfa/Percy był bardzo pewny siebie. Nie było żadnych wątpliwości co do tego, że był przekonany o ich wygranej. Annabeth nie była pewna czy to dobrze czy źle.

- No dobrze, ale jak masz zamiar sprawić, że się tutaj pojawią? Wyślesz im zaproszenie, czy co?

Twarz chłopaka nie wyrażała żadnych emocji.

- Już wysłałem. O ile się nie mylę, są już przy barierze.

- CO?!

Wszyscy zebrani natychmiast rzucili się do wyjścia i wybiegli na zewnątrz przekonani, że zaraz zobaczą armie potworów z tytanami na czele.

Ale nikogo takiego nie było. Natomiast wszędzie dało się dostrzec obozowiczów, którzy pałętali się bezczynnie po obozie, nie mając pojęcia co ze sobą zrobić i Wojowników Chaosu pomiędzy nimi.

Annabeth zmarszczyła brwi. Z Wielkiego Domu spokojnie wychodził Alfa w ogóle nie wyglądając na zdenerwowanego.

- Jesteś pewien? - Spojrzała pytająco na chłopaka. Ten jednak nie odpowiedział, tylko wbił wzrok w jakiś punkt na horyzoncie. Annabeth podążyła za jego spojrzeniem i dostrzegła coś wielkiego zbliżającego się w ich stronę.

- To potwory! - Krzyknęła. Alfa zmarszczył brwi, a po chwili wyraz jego twarzy zmienił się diametralnie.

- Nie. To nie potwory. To woda.

I rzeczywiście. To co Annabeth wcześniej uznała po prostu za harde potworów, okazywało się być wielką falą wody, która zbliżała się do nich w zastraszającym tempie.

- Zaleje obóz! - Rozejrzała się spanikowana. - Gdzie są dzieci Posejdona?

Nikt się nie ruszył. Wszyscy stali, jak zamrożeni.

- LUDZIE CO JEST Z WAMI?! ZARAZ SIĘ WSZYSCY UTOPIMY!

Wywołało to nieco inny efekt, jaki chciała. Ludzie zaczęli krzyczeć i uciekać, tworząc Chaos. Annabeth z trudem przedarła się do Page.

- Page! Gdzie jest Daniel?! Niech powstrzyma tę falę!

- Nie wiem! Uciekł!

Annabeth poczuła, jak ogarnia ją wściekłość. Typowy Daniel! Naprawdę jeśli wszyscy przez niego zginą, to ona wytropi go i zabije!

- Ją ją powstrzymam. - Dobiegł dziewczynę głos Page

- Ty?

- Zapomniałaś chyba, że też jestem dzieckiem Posejdona.

- Ale...

- Annabeth, mam prawie tysiąc lat. I nie zamierzam dać zginąć moim przyjaciołom.

I zanim Annabeth mogłaby ją powstrzymać, pobiegła przed siebie i stanęła po środku chaosu, tuż przed zbliżającą się falą. Rozpostarła dłonie, ale nic się nie wydarzyło.

Fala wody w końcu przedarła się przez bariery ochronne i zaczęła spływać ze wzgórza, zatapiając drzewa i porywając wszystko na swojej drodze.

Do Page dołączyli jej bracia i siostry i wszyscy stanęli w podobnej pozycji co ona, wytężając wszystkie siły. Woda prawie niewidocznie zwolniła.

Co teraz poczniecie herosi? Wyzywacie mnie do walki, a nie jesteście w stanie sobie poradzić z czymś takim, jak mała fala?

Wszyscy obozowicze zamarli, jak jeden mąż. Nikt już nie krzyczał ani nie biegał. Od śmierci dzieliło ich parę sekund i jedyną rzeczą, którą zdawali się słyszeć był ryk potężnej fali, która otoczyła ich i już zalewała, już pochłaniała, już...

I nagle wszystko się zatrzymało. Wszystko.

Woda stanęła, tworząc wodny mur otaczający ludzi. Energia buzowała w nim i wręcz błagała o wypuszczenie, o uwolnienie...

Page i jej rodzeństwo przez chwilę wpatrywało się w zdumieniu w mur wody, stojący milimetry przed nimi, ale Annabeth już wiedziała, że to nie oni byli jego sprawcą.

Był nim Alfa stojący za nimi. Z jego czoła spływały krople potu,a twarz zmarszczona była w wysiłku. Nogi drżały mu i wyglądał, jakby zaraz miał upaść i zemdleć.

Ale wtedy zacisnął mocniej ręce i zamknął oczy, a fala wody zaczęła się powoli cofać, centymetr po centymetrze. Teraz wszyscy skupili na nim swój wzrok.

Nagle coś zaczęło się zmieniać. Chłopak zaczął rosnąć, a włosy wydłużyły mu się. Twarz zrobiła się bardziej owalna, czoło zmniejszyło się.

Woda zaczęła wsiąkać w ziemię.

A więc dobrze Percy Jacksonie. Przyjmuję wyzwanie. Przybędę o zmierzchu.

Chłopak otworzył zielone oczy, a Annabeth zdała sobie sprawę, że patrzy w twarz byłego chłopaka.

- Percy?

niedziela, 30 grudnia 2012

Rozdział X



Ten będzie króciutki. Na początku miał być razem z rozdziałem IX, ale jako, że jest zmiana punktu widzenia, zdecydowałam się na dwa osobne rozdziały.

W tym rozdziale wyjaśnię w końcu o co chodzi z tą śmiercią - nie śmiercią Annabeth, więc mam nadzieję, że zobaczę liczne komentarze, gdzie powiecie mi co myślicie. Będą wyjaśnienia, przemyślenia, niedomówienia… Istny raj dla czytelników . Dobra, żartuję.

I mam taką prośbę. Czy możemy dobić do 45 komentarzy? Wiem, że to sporo, jak na was, ale dla mnie to naprawdę wiele znaczy, i nie powiem, sprawia, że piszę znacznie szybciej.

Soundtrack : Znowu muzyka z Harry'ego Pottera : na youtube : Harry Potter (1-7) - Epic Music Mix (HD). Trwa około piętnaście minut. w w w. yo utu be wat ch?v=VSXRDvezTg0 ( Bez spacji, oczywiście )
Cóż mogę poradzić? Jest genialna i przy tym jest całkiem niezłą inspiracją. A jak już kiedyś mówiłam, nie jestem w stanie napisać czegokolwiek, bez dobrego podkładu muzycznego. Albo można sobie jeszcze puścić Rihanna – Diamonds. Też będzie dobrze :)

Dłużej nie przeciągam i zapraszam.

A nawiasem mówiąc, zostały nam około ( nie licząc poniższego, oczywiście ) ... Trzy lub dwa rozdziały.

Rozdział X

( już dziesiąty! Chyba jakaś rocznica powinna być, nie?)


Krzyki.

Krzyki pełne zawodu.

Jęki cierpienia.

Rozpacz w oczach.

Smutek w spojrzeniu.

Annabeth nie mogła już tego wytrzymać. Nie wiedziała ile już spada, a wciąż nie widziała końca otchłani. Jeżeli tak miało wyglądać bycie martwym, jeżeli miała całą wieczność spadać w ciemność...

Chciała tylko trochę spokoju. Żeby wszystko po prostu ... Umilkło.

Ale zamiast tego wszystko się nasiliło. Czuła każdy ból, jakby był jej własnym. Każdy jęk . Każde cierpienie.

W końcu sama zaczęła krzyczeć, nie mogąc przestać.

Nie mogąc przestać.

Niech wszystko ustanie.

Zamilknie.

Niech wszystko przestanie.

Niech wszystko zamilknie.

Zamilknie.

Zamilknie!

Nagle poczuła ostry ból, silniejszy niż wszystkie pozostałe razem wzięte.

Otworzyła oczy i zaczęła przeraźliwie wrzeszczeć.

A potem runęła w jasność.

Gdy otworzyła oczy, wciąż krzyczała. W jednej chwili znowu poczuła, że ma ciało, że leży na czymś co miało kształt.

Odetchnęła. Może w końcu umarła? Może jej prośby zostały wysłuchane.

Usłyszała czyjeś głośne kroki, a po chwilę zobaczyła niewyraźną postać. Natychmiast się podniosła, nabierając jednocześnie drogocenny tlen. Zmrużyła oczy i dopiero wtedy rozpoznała postać.

- Alfa? - Co tu robił Wojownik Chaosu? Rozglądnęła się ze strachem. Dopiero teraz zdała sobie sprawę, że siedzi na łóżku, koło którego stał... parawan? Znajdowała się w jakimś półotwartym pomieszczeniu, a z daleka widziała gwiazdy na czarnym niebie. - Co się dzieje?

Ku jej zdziwieniu chłopak zaklął siarczyście. Może on był martwy i wściekał się, że ona też?

- Czy ja ...? Czy ja umarłam?

Na twarzy Alfy pojawił się smutny półuśmiech. Uśmiechnęła się w duchu. Czyli umarła. Mogła wreszcie odpocząć, mogła... Ale wtedy chłopak pokręcił głową.

- Nie. Nie umarłaś.

Zamarła. Poczuła, jak coś ściska ją w środku, a jej ciało ogarnia żal. Nie umarła. Nie umarła, nie umarła, nie umarła, nie...?

- Nie? - powtórzyła cicho. - Nie?

- Nie.

Chłopak usiadł koło niej, a ona dopiero teraz zarejestrowała, że jest bez kaptura.

- Ale... Przecież... Wpadłam w otchłań. Wpadłam w otchłań! - Powtórzyła bezsensownie. - Sama się tam rzuciłam! Mogłam wybrać życie, mogłam wybrać te obrazy, albo mogłam wybrać śmierć i wybrałam śmierć! - Zaczęła szybko oddychać, poczuła, jak kręci jej się w głowie.

Alfa patrzył na nią uważnie.

- Annabeth, posłuchaj...

- Nie! - krzyknęła, trzęsąc się. - Skoczyłam w tą otchłań, skoczyłam w śmierć i otoczyły mnie te krzyki i ból, i te spojrzenia i umierałam i ja... To miała być kara, to miała być kara i teraz miałam odpocząć, miałam... - Zaczęła się plątać, rozpaczliwie próbując przywołać to, co już zniknęło.

- Annabeth!

Zamarła, słysząc srogi ton chłopaka. Wpatrywał się w nią ze złością, ale po chwili wyraz jego twarzy zmienił się na bardziej miękki. Usiadł przy niej i chwycił ją za ramiona.

- Posłuchaj. Musisz mi dokładnie opowiedzieć, co widziałaś, a ja wszystko ci wyjaśnię. Dobrze? - Jego spojrzenie przewiercało ją na wylot i zdołała tylko skinąć lekko głową. - Dobrze. - Zdjął dłonie z jej ramion.

Annabeth przez sekundę wpatrywała się tępo w ścianę, po czym spuściła wzrok na własne dłonie i zaczęła mówić.

- Ja... nie pamiętam wszystkiego dokładnie, ale... na pewno najpierw był ogień, a potem pojawiły się takie obrazy.

- Jakie obrazy?

- No... - Dziewczyna urwała, czując, jak rumieniec wpływa na jej twarz. - To nie do końca były obrazy, bardziej... wizje. Byli na nich różni ludzie, właściwie to wszyscy byliśmy na plaży. Wszyscy śmiali się, cieszyli, rozmawiali. Wszyscy byli ... - urwała, a po chwili na jej twarzy pojawił się smutny uśmiech.

- Jacy byli? - Chłopak naciskał na nią.

- Szczęśliwi. Byli szczęśliwi.

Alfa przez chwilę wpatrywał się w nią, a wyraz jego twarzy były nieodgadniony.

- No co?

- Nic. – Wzruszył ramionami. - Co było dalej?

- Ja… uznałam, że… Że oni symbolizują życie. Byłam tego pewna, ale… - urwała, nie chcąc dokańczać, nie chcąc pokazać, jak bardzo żałosna była.

- Chciałaś umrzeć.

Podniosła szybko głowę i spojrzała na Alfę.

Chłopak nie wydawał się być z tego powodu zły, zawiedziony, czy chociaż smutny. Patrzył na nią z pewnego rodzaju ciekawością, i z … współczuciem? Zupełnie, jakby było mu przykro, że jednak nie umarła.

- Tak. Chciałam umrzeć. Cofnęłam się o krok i wtedy zalała mnie ciemność. Wpadłam w jakąś otchłań i otoczyły mnie krzyki, jęki, i ból, i … - urwała, nie chcąc przywoływać wspomnienia. – Byłam pewna, że to śmierć. A potem się obudziłam. Co to wszystko znaczy? Czemu nie umarłam? Przecież rzuciłam się w śmierć, prawda?

Alfa pokręcił głową.

- Nie. Rzecz w tym, że nie.

- Czyli…?

Alfa westchnął.

- Nam ludziom, wydaje się, że życie jest drogocenne. I jest. Problem tkwi jednak w tym, że życie teraz, życie jako człowiek, jest tak naprawdę niewiele warte.

- Co masz na myśli? – zapytała Annabeth, przeczuwając do czego zmierza chłopak.

- Mam na myśli to, że otchłań, w którą się rzuciłaś, symbolizowała życie. Była pełna cierpienia, bólu, niesprawiedliwości. Zakładam, że tylko gdzieniegdzie dostrzegłaś radość.

Annabeth pokiwała głową, oszołomiona.

- A te obrazy, które widziałam. Tych ludzi, to szczęście. To była… śmierć?

Wojownik pokiwał głową.

Przez chwilę oboje siedzieli w ciszy. W pewnym momencie Alfa wstał i zaczął wychodzić ze szpitala.

- Alfa…? – Dobiegł go głos dziewczyny.

Odwrócił się i spojrzał na nią wyczekująco.

- Tak?

- Skąd… Skąd ty o tym wiesz? Czy domyśliłeś się tego wszystkiego, gdy miałeś podjąć decyzję?

Wpatrywała się w niego niepewnie, ale jego odpowiedź miała mieć dla niej duże znaczenie. Alfa przez parę sekund stał w milczeniu.

- Moi przyjaciele w pewnym momencie zaczęli masowo umierać przez zatrucie jadem Krzyżówki. Gdy stało się to i mnie, byłem zdeterminowany, by przeżyć. Pamiętam, że Chaos odwołał wtedy wszystkie operację, a Wojownicy czuwali przy mnie cały czas. - Uśmiechnął się delikatnie, przywołując wspomnienie. – I przetrwałem. Aż w końcu zapadłem w ostatnią fazę choroby. Przede mną także pojawiły się podobne obrazy, jak u ciebie. I miałem zamiar w nie wkroczyć, miałem zamiar wrócić. Ale wtedy… Pomyślałem sobie o tych wszystkich, którzy umarli. Zdałem sobie sprawę, że tak naprawdę nie mam do czego wracać. Miałem przez całą wieczność być w służbie u Chaosu, bez szans na rezygnację? – Pokręcił głową, jakby z niedowierzaniem. – Zrozumiałem wtedy, że nie chcę tak żyć. Zdecydowałem się umrzeć. –Umilknął na chwilę. – I zrobiłem to samo co ty. Gdy się obudziłem, żywy, a nie martwy, zrozumiałem.
- Potem przez setki lat próbowałem umrzeć, ale nie potrafiłem. Zaprzepaściłem swoją jedyną szansę. Ale najbardziej dobijał mnie fakt, że wszyscy moi przyjaciele, którzy umarli, chcieli wrócić, przez co źle wybrali i umarli

Zaśmiał się z pogardą.

- Wychodzi na to, że my, którzy chcieliśmy umrzeć, będziemy musieli na zawsze tkwić w tym świecie, a tym, którzy pragnęli życia, zostało ono odebrane. Ironiczne, prawda?

Annabeth przez pewien czas nie patrzyła na chłopaka, aż w końcu zdobyła się na odwagę i uniosła wzrok. Chciała się zapytać go o coś jeszcze, o coś co nurtowało od dłuższegp czasu.

- Czy kiedyś… gdy byłeś w obozie, byliśmy przyjaciółmi?

- Dlaczego pytasz? – zapytał zaciekawiony.

- Odpowiedz. – nalegała dziewczyna.

- Raz. – wzruszył ramionami.

- A… - Głośno przełknęła ślinę. – Czy teraz też nimi jesteśmy?

Wpatrywała się w niego oczekująco, niemalże z nadzieję. Ale chłopak pozostał niewzruszony.

- Wciąż masz tutaj przyjaciół Annabeth. Może o tym nie wiesz, i może oni temu zaprzeczą, ale masz. Martwili się o ciebie dzisiaj.

- Nie odpowiedziałeś.

Spojrzał na nią bez wyrazu.

- Masz tu przyjaciół, ale ja nie jestem jednym z nich. I nigdy nim już nie będę.

Po czym odwrócił się napięcie, i zostawił ją samą z myślami.

Annabeth obudziła się zlana potem. Przez jej głowę przewijały się wspomnienia ostatnich dni, i dopiero teraz zdawała się widzieć związek pomiędzy nimi. A nie chciała.

Uniosłam głowę i zobaczyłam, że Alfa siedzi pochylony nade mną, a spod jego rąk spływa coś na kształt wodnistej, niebieskiej energii. Zmarszczyłam brwi.

- Czy to jest woda? - I nie czekając na jego odpowiedź dodałam - Jesteś synem Posejdona?


Annabeth pokręciła głową. Nie. Przecież zaprzeczył. A to nie była woda. Nie skłamałby... prawda?

- To po co mnie leczysz, skoro i tak umrę? - zapytałam spokojnie i nie czekając na odpowiedź, otworzyłam oczy. Wpatrywał się we mnie nie ze strachem, smutkiem czy żalem. Wpatrywał się we mnie z pewnością w oczach.

Nie odpowiedział, tylko powrócił do uzdrawiania mnie. Westchnęłam, ale zamknęłam oczy.

- To nie była twoja wina. - powiedział.

- Słucham? Skąd wiedziałeś, że... - urwałam, nie chcąc kończyć tego zdania.

- Domyśliłem się. Nie było to zbyt trudne. Po za tym... Znam cię.

Prychnęłam, czego chwilę później pożałowałam, gdyż wywołało to falę bólu.

- Poznaliśmy się wczoraj..

- Nie do końca.

Otworzyłam oczy.

- Nie do końca? - powtórzyłam.

- Page wcale nie skłamała Annabeth. - spojrzał na mnie przeciągle, a mnie oblał rumieniec. - Zanim trafiłem do Chaosu, byłem jednym z półbogów żyjących w obozie. A potem zbuntowałem się. Nie chciałem dłużej służyć bogom, uważałem, że nie zasługują na to bym poświęcał dla nich życie swoje i swoich bliskich. - spojrzał mi w oczy. - Wciąż tak uważam.

- Więc odszedłeś. - dokończyłam.

- Tak. Page poznałem w zupełnie innych okolicznościach. - dodał, widząc malujące się na mojej twarzy pytanie.

Wszystko pasowało. Czemu wszystko musiało pasować?

Nie wierzyła. Nie chciała wierzyć.

Ale wtedy pojawił jej się w głowie obraz z poprzedniej nocy, obraz który dopiero teraz jej się przypomniał.

- Nie każ mi wygłaszać melodramatycznych przemówień, Mądralińska. Wiesz, że nie jestem w nich dobry.

Kolejne westchnięcie pełne bólu, które raniło mnie w równym stopniu, co jego.

- Wiesz, gdybym mógł mógł cofnąć czas, zrobiłbym to. Gdybym był w stanie zapomnieć o wszystkim, wróciłbym. Ale nie potrafię. Starałem się, uwierz mi. Naprawdę się starałem. Ale po prostu nie potrafię.

Kolejny śmiech, tym razem zgorzkniały.

- No i zobacz Mądralińska do czego doprowadziłaś. Robię się przez ciebie strasznie sentymentalny.


Mądralińska... Tylko on jeden ją tak nazywał. Tylko on jeden.

Czarne, wzburzone włosy, jakby czesane wiatrem opadały na twarz mężczyzny, która pełna była ostrości, ale jednocześnie łagodności. Radości i cierpienia.
Nie. Nie, nie, nie...

Jego oczy grały główną rolę w tej bajce. Miały barwę zieleni, barwę morza, i takie też były. Nieuchwytne, nieprzewidywalne, pełne niespodzianek. Ich spojrzenie miało w sobie tyle magnetyzmu, że mogłam w nich utonąć. Chciałam w nich utonąć.

Mężczyzna uśmiechnął się do mnie i ścisnął mi dłoń z powrotem, a ja od razu poczułam się bezpiecznie.

Ale nagle w jego oczach pojawiło się przerażenie. W jednej chwili cofnął swoją dłoń i rzucił się w głąb jaskini.


Annabeth zerwała się szybko z łóżka i wybiegła ze szpitala. Nie wiedziała, gdzie idzie, a w głowie kłębił jej się natłok myśli.

Przecież Alfa nie mógł być nim. To wszystko było bezsensu, przecież on nigdy nie zrobiłby czegoś takiego, nie oszukałby jej. Nie byłby w stanie przy niej udawać, nie przy niej, przecież ona znała go! Przecież byli przyjaciółmi, byli ...

- Czy kiedyś… gdy byłeś w obozie, byliśmy przyjaciółmi?

(...)

- Raz. – wzruszył ramionami.

- A… - Głośno przełknęła ślinę. – Czy teraz też nimi jesteśmy?

(...)

Spojrzał na nią bez wyrazu.

- Masz tu przyjaciół, ale ja nie jestem jednym z nich. I nigdy nim już nie będę.


Podniosła wzrok. Stała przed domkiem numer trzy.

Rozdział IX



Guest " Szczera " : Po pierwsze, jestem zła, że muszę to pisać w rozdziale. Ale tak to zwykle bywa, ludzie piszą niemiły komentarz, ale konta, żeby można im odpowiedzieć, nie założą. Jako, że w swoim komentarzu pisałaś o "Alfie i Omedze", zakładam, że przeczytasz ten rozdział i to teraz piszę.
Po pierwsze. Czy ty wiesz, jak zachowuje się rozkapryszone dziecko? Bo ja wiem.

Na pewno nie wstaje o siódmej rano, żeby iśc do szkoły na ósmą, po czym wraca do domu o czwartej. Na pewno nie ma tylko półgodziny na obiad, bo o piątej ma juz lekcje w szkole muzycznej. Na pewno nie wraca do domu o godzinie od ósmej do dziewiątej trzydzieści. Na pewno nie ma egzaminów co dwa miesiące, na które musi sie nauczyć dwóch utworów po trzy, cztery strony.
A ja tak mam.

Nie jestem profesjonalnym pisarzem czy tłumaczem i jedyną korzyść jaką mam, z tego, że tutaj piszę jest satysfakcja. Więc wybacz mi, że nie zamierzam wypruwać sobie flaków, ani nie spać, tylko po to, by napisać kolejny rozdział dla raptem czteru osób. Z 60 osób, które weszły na moje opowiadanie, około pięć napisało komentarz. Więc powiedz mi proszę, kto kogo ma, za przeproszeniem, głęboko w dupie.


Piszę dla siebie! A piszę szybko dla was! Jeśli chcę, to dopóki nikt mi za to nie płaci, to mogę sobie robić z moim opowiadaniami, co mi się żywnie podoba. A do tego zalicza się: nie dodawanie rozdziałów, zawieszanie opowiadań, bądź ich usuwanie.



Wesołych Świąt wszystkim życzę!


Wzięłam się ostro do roboty, bo chciałam wam dać nowy rozdział wczoraj, ale no cóż... Jak widać nie wyszło. Jest jednak dziś, jako prezent bożonarodzeniowy.


Zdecydowałam się nieco poeksperymentować i napisałam ten rozdział w trzeciej osobie, gdyż nigdy tego nie robię i byłam ciekawa, jak mi to idzie. Dzięki temu można zręcznie przeskakiwać z jednej osoby na drugą, dlatego zastanawiam się czy nie napisać pozostałych rozdziałów, właśnie w ten sposób. Mówcie co o tym myślicie.

Mam nadzieję, że wy podarujecie mi prezent w postaci licznych komentarzy i wszyscy będziemy szczęśliwi :)

Minimum nie ustawiam, bo jest mi trochę głupio, że zrobiłam to poprzednim razem, ale cóż poradzić? Jestem tylko i wyłącznie człowiekiem. A szkoda.

Soundtrack : Muzyka z Harry'ego Pottera. Wpiszcie sobie na youtube : 10 best Harry Potter Songs, i kliknijcie na video, które trwa około 30 minut.
Ostatnio moje myśli krążą chyba tylko wokół tej serii, i chcę napisać do niej opowiadanie, tylko najpierw muszę skończyć Alfę i Omegę... ;(

A nawiasem mówiąc, to zbliżamy się do końca. Dłużej już nie przeciągam i zapraszam do czytania!

Rozdział IX

Alfa był pewny, że jego wejście będzie spektakularne. Zawsze było.

Ale nie przypuszczał, że będzie melodramatyczne.

Właściwie to była jego wina. Czy ktoś kazał mu wchodzić do sali tronowej na Olimpie podniosłym krokiem i na dodatek, albo raczej przede wszystkim, niosąc na rękach jedną z Nieśmiertelnych, która była przy okazji córką Bogini?

Nie. Nikt mu nie kazał. Ale co miał zrobić? Był sobą. A to do czegoś zobowiązywało.

Dlatego, gdy tylko przeszedł przez próg drzwi, a raczej bram, zacisnął zęby i dał wszystkim zgromadzonym czas na odpowiednią reakcję, choć było to według niego marnotrawstwem.

Ale było też to bardzo ciekawe. Gdy tylko spostrzeżono obecność jego, a przede wszystkim Annabeth, nastąpiły trzy, jakże różne reakcje, poszczególnych osób.

Dla bogów, pierwszą było odruchowe zdziwienie, a także, następujące po chwili, oburzenie, wynikające z tego, że ktoś ośmielił się przerwać jakże ważną naradę. Alfa prawie prychnął. Ważna narada, wielkie mu co. Bogowie siedzieli znudzeni na tronach, a pozostali Nieśmiertelni na ustawionych naprzeciwko nich krzesłach. Alfa był prawie pewien, że zostały tam postawione stosunkowo niedawno. Półbogowie wyglądali na półżywych, co pozwalało mu sądzić, że najwyraźniej czekano na niego całą noc. Uważał ich przez to za idiotów, ale nie zmieniało to faktu, że był wdzięczny. Jedynie Ethan i Tanya stali wyprostowani, obserwując wszystko, i wyglądając przy tym bardzo żywo. Nie umykał im żaden szczegół. Alfa uśmiechnął się. Musiał pochwalić te dwójkę u Chaosa.

Drugą reakcją, po tym, jak oburzenie w większości znikło, była ulga. W końcu coś się działo, czymkolwiek by to miało nie być. Przybył Alfa, wielki wódz, następca Chaosu i tak dalej. Nie musieli już czekać. Odetchnęli.

Ostatnia reakcja była najbardziej zróżnicowana. Część bogów, spostrzegłszy Annabeth, okazało zaciekawienie i nic więcej. Inni wydali się nagle bardzo zaniepokojeni i zaczęli dokładnie analizować wygląd jego i dziewczyny. Pozostali nie okazali niczego. Jedynie Atena, choć starała się zachować spokój, tak naprawdę była przestraszona. Jej źrenice rozwarły się, a dłonie zacisnęły się mocniej na długiej szacie. Obawiała się o życie córki.

Ale to wszystko niezbyt Alfę obchodziło. Bardziej go interesowała reakcja półbogów. I była dokładnie, taka jaką przewidział.

Najpierw, podobnie jak bogowie, odczuli ulgę, że w końcu się pojawił. Widział gdzieniegdzie wściekłe spojrzenia, ale było ich stosunkowo niewiele.

Potem nastąpił szok, gdy ujrzeli dziewczynę, spoczywającą w jego ramionach. Alfa zastanawiał się przez chwilę czy pozostaną niewzruszeni, czy będą panikować. Chociaż dobrze wiedział co Nieśmiertelni czują do dziewczyny, wątpił w to, aby jej los zupełnie ich nie obchodził. W końcu, jakby nie było, połowa z nich kiedyś była jej przyjaciółmi.

I nie mylił się. W sali tronowej przez chwilę panowała cisza, którą przerwał drżący głos Thalii.

- Czy...? Czy to jest Ann...?

Alfa kiwnął głową, nic nie mówiąc.

Thalia wpatrywała się w dziewczynę jeszcze przez parę sekund, po czym, natychmiast do niej doskoczyła i zarzuciła Alfę milionem pytań. Gdy tylko to zrobiła pozostali, jakby wybudzili się ze snu i zaraz do niej dołączyli.

- Co jej jest?

- Przeżyje?

- Jak to się stało?

- Czy to dlatego nie przyszliście?

Bogowie przyglądali się tej scenie w milczeniu, nic nie robiąc, ani nawet nie ruszając się ze swoich miejsc.

- Uciszcie się wszyscy! - warknął w końcu Alfa. - Zanim odpowiem na wasze pytania, muszę ją gdzieś odłożyć… - Chłopak rozejrzał się wokół. Nagle koło niego wyrosła z ziemi kanapa, przywołana przez któregoś z bogów. – Dzięki – mruknął i delikatnie ułożył dziewczynę na posłaniu. Dookoła niego wciąż stali półbogowie, więc gestem ręki odpędził ich do swoich miejsc.

- Wyjaśnisz nam to wszystko? – Pierwsza przerwała ciszę Atena.

Westchnął ciężko.

- Razem z Annabeth – Tu wskazał na leżącą dziewczynę – szliśmy na naradę. Ale w międzyczasie zaatakowała nas jedna z Krzyżówek, prawdopodobnie wysłana przez Gaję.

- Krzyżówek? – zainteresował się Hades.

- To połączenie dwóch rodzaju potworów. Każda taka Krzyżówka łączy w sobie cechy obydwu osobników, przez co nie jest niezniszczalna, – dodał widząc pytanie malujące się na twarzy Zeusa – ale wydziela jad, który prawie zawsze zabija. A Annabeth… - Urwał i spojrzał na dziewczynę. Wyglądała bardzo spokojnie, zupełnie, jakby spała. Zupełnie, jakby nic jej nie groziło. Zupełnie, jakby zaraz miała się obudzić i uśmiechnąć do wszystkich naokoło. Ale Alfa wiedział, że prawda była nieco inna. Odwrócił się w stronę bogów. – Została zaatakowana. I musi sobie sama z tym poradzić. Nie ma nic co moglibyśmy zrobić. Wszystko zależy od niej. A my… my musimy rozpocząć naradę.

- Na pewno coś można zrobić! – krzyknęła natychmiast oburzona Katie. – Chcesz prowadzić naradę, podczas gdy nasza… nasza – wyraźnie nie wiedziała, jak ma dokończyć to zdanie. Nie była pewna, kim jest dla niej i dla reszty Annabeth. –Nasza przyjaciółka umiera!

- Być może już umarła. – Alfa przerwał jej bezlitośnie.

W Sali zapanowała grobowa cisza.

- Ale przecież… - Po raz pierwszy odezwał się Nico. – Przecież oddycha. Jej serce wciąż bije. Nie możesz zaprzeczyć.

Alfą skinął głową.

- Jej ciało wciąż żyje, owszem. Właściwie to jest całkowicie zdrowe. Można śmiało powiedzieć, że dziewczyna po prostu śpi.

- W takim razie w czym problem? – zapytał Hades.

Alfa prychnął.

- Akurat ty jeden powinieneś to rozumieć. Jej ciało może być i zdrowe, ale Annabeth toczy teraz walkę sama ze sobą. Ona jedna zadecyduje, jak to się skończy. Wszystko rozgrywa się w jej umyśle. I może minąć trochę czasu, zanim jej ciało dostosowuje się do jej woli. Niezależnie od tego, czy zdecyduje się przeżyć… czy nie.

Przez chwilę panowała cisza. Thalia i Nico wyglądali na głęboko wstrząśniętych, jakby wciąż nie wierzyli w to co się dzieje. Bracia Hood byli wyraźnie przygaszeni, a pozostali…

- Musimy ustalić plan bitwy. – Alfa przywołał wszystkich do życia, po pewnym czasie. – Nie ma czasu do stracenia.

Jak na znak, wszyscy spięli się i wlepili w niego wzrok, zadowoleni, że mogą oderwać myśli od Annabeth.

- Co proponujesz? – zapytał Zeus. – Zebraliśmy już armię bogów, wysłałem też parę zaufanych osób by sprawdzili czy niektórzy Tytani nie staną jednak po naszej stronie, a…

- Dość. – przerwał mu chłopak. – To wszystko niezbyt mnie interesuje.

Zeus przez chwilę patrzył się na niego z wyrazem oburzenia na twarzy, że śmiał mu przerwać.

- Niezbyt cię interesuje? – powtórzyła zirytowana Atena. – Chłopcze, nie wiem, czy zdajesz sobie z tego sprawę, ale nasze losy i losy tej planety zależą od tej bitwy. A ciebie niezbyt to interesuje?

- Nie jestem już chłopcem. Mam ponad tysiąc lat i musicie to w końcu zrozumieć. – Alfa powiedział przez zęby. - Mam już plan. Wysłuchajcie mnie, to zrozumiecie.

- Ach, tak? To jaki jest ten twój genialny plan?

- Bitwa odbędzie się jutro. – odparł Alfa spokojnie.

- Jutro? – powtórzyła Hera głosem wyższym o oktawę. – Oszalałeś. Nie zdołamy się przygotować, nie zdołamy…

- W tym rzecz. – Chłopak przerwał jej. – Gaja też nie zdoła się przygotować. A my będziemy mieć element zaskoczenia. – Odwrócił się w stronę Nieśmiertelnych. – Wróćcie do obozu. Sprawdźcie po kolei każdego półboga. Jeśli nie będzie w stanie pokonać, albo chociaż utrzymać się przy życiu przy Hydrze, to wyślijcie go tutaj. Na Olimp.

- Ale wtedy zostanie nas garstka! – zaprotestowała Thalia.

- Na Olimp?! – W tym samym czasie wykrzyknął Zeus.

Alfa westchnął poirytowany.

- Tak, na Olimp. A ty Thalia, powinnaś mieć więcej wiary w swoich ludzi. Jest was dużo i nie jesteście tacy kiepscy. Powiedziałbym wręcz, że jesteście w stanie skopać parę tytańskich tyłków. – Mrugnął do niej. – Ale chodzi mi o to, że to ma być krótka bitwa. Damy znak Gai, a ona przybędzie do obozu i…

- Chwileczkę. – Przerwała mu Atena. – Gdzie tu jest element zaskoczenia, skoro ona sama wyruszy na bitwę? I w ogóle skąd przekonanie, że do nas przyjdzie.

- Nie będzie mogła odrzucić wyzwania. Wyszłaby na słabą.

Atena roześmiała się gorzko.

- Nie znasz Gai. Ona ma każdy ruch starannie przemyślany, nie pozwoli by jej plan został zrujnowany przez coś tak przyziemnego jak jej własna duma.

Alfa pokiwał głową.

- Owszem, Gaja jest na to zbyt sprytna. Ale…- Alfa uśmiechnął się szeroko. – Giganci? Oni na pewno nie pozwolą zhańbić swojego honoru. Przybędą tu, a Gaja będzie zmuszona zrobić to samo. W końcu z nią maja większe szanse.

- No dobrze, ale co potem? Przybędą i co dalej? – dopytywał się Zeus.

- Musicie zająć się gigantami. Podzielcie się, który bóg będzie walczył z którym herosem i przeciwko komu. Reszta półbogów i moja armia – tu chłopak skinął na Tanye i Ethana – Zajmą się potworami. I miejcie tez zapasowych herosów do walki z gigantami, gdyby coś poszło… niezgodnie z planem. – Urwał, a wszyscy wiedzieli co miał na myśli. Gdyby ktoś zginął. - Ja w tym czasie zajmę się Gają. Musicie po prostu trzymać z dala od nas gigantów. Jak tylko rozwiążę problem z Gają, tytani i giganci staną się łatwym celem, choć prawdopodobnie zaczną uciekać. Bez swojej matki są bezradni. – Wzruszył ramionami.

- A jak zamierzasz zająć się Gają, tak właściwie? - wtrącił się do rozmowy Posejdon. - Wiesz, że nie da się jej pokonać. Jest… bardzo potężna i silna, zwłaszcza teraz, gdy się obudziła.

Wszyscy spojrzeli na Alfę zaciekawieni. Chłopak wiedział co im krąży po głowie.

- Masz rację, jest potężna. I nie, nie mogę jej pokonać. Ale, mogę zrobić coś co skutecznie ją wyeliminuje na… zawsze, tak właściwie, o ile oczywiście wszystko pójdzie dobrze.

- Czyli? – dopytywał się dalej bóg mórz.

- Nie musi cię to obchodzić. – Alfa odrzekł któtko. – Ja usunę Gaję, a wy w tym czasie macie się zająć gigantami. Tylko o to was proszę. Zgadzacie się? – Spojrzał na Zeusa. Król Bogów przez chwilę się zastanawiał, aż w końcu zadecydował.

- Pod warunkiem, że zdejmiesz kaptur i pokażesz nam, jakie jest twoje oblicze. Wtedy będę wiedział, że mogę ci zaufać i zrobię to, o co prosisz.

Alfa przez chwilę nic nie mówił.

W jego głowie toczyła się walka. Nie miał zamiaru pokazywać, jak naprawdę wygląda, o nie. Ale jego zdolności do zmiany wyglądu były dość ubogie. Wcześniej co prawda zmienił swój kolor oczu i nieco rysy twarzy, gdy był przy Annabeth, ale kosztowało go to sporo energii. Przeklął się w myślach raz jeszcze, gdy przypomniał sobie o momencie, w którym dziewczyna się obudziła i zobaczyła, jak wygląda naprawdę. Był wtedy taki zmęczony, i za późno uświadomił sobie, że zapomniał się przemienić. Na jego szczęście wyglądało na to, że dziewczyna nic nie pamięta.

Ale choć i teraz padał z nóg, nie miał zbyt wielkiego wyboru.
Westchnął w duchu i przywołał w myślach postać, jaką przybrał przy córce Ateny. Po chwili poczuł delikatne drganie w wokół skóry i gwałtowny upadek energii. Zdecydowanym ruchem, zdjął kaptur z głowy.

W sali rozległy się głośne westchnienia zawodu. Każdy zaczął mu się uważnie przyglądać, ale Alfa z zadowoleniem stwierdził, że nikt go nie rozpoznaje.

- Macie czego chcieliście. - Uśmiechnął się drwiąco. - Rozumiem, że teraz mnie posłuchacie, tak?

Zeus odchrząknął głośno i przeprowadził niemą naradę z bogami.

- Zgadzamy się.

- Świetnie. W takim razie wracam do obozu. - Odwrócił się z zamiarem odejścia, gdy poczuł na ramieniu czyiś ciepły dotyk. Po chwili stanął twarzą w twarz ze swoją siostrą, która do tej pory stała na uboczu. Na jej twarzy malował się delikatny, prawie niezauważalny uśmiech, wymieszany z troską w oczach i lekkim zdziwieniem.

- Nie zostaniesz, by omówić szczegóły? - zapytała powoli. - Wiesz, twoja pomoc byłaby nieoceniona.

- Ethan i Tanya wam pomogą, ale nie siedźcie nad tym wiecznie. Musicie jeszcze przebadać półbogów. Po za tym. - dodał cicho, wiedząc, że wszystkie spojrzenia są skierowane na nich. - Naprawdę muszę się przespać. Jestem na nogach od prawie trzech dób, a nie wiem ile jeszcze wytrzymałbym bez kaptura.

W jej oczach zabłysło zrozumienie i Page powoli kiwnęła głową.

Podszedł do Annabeth, by ostrożnie wziąć ją na ręce.

- Gdzie zabierasz moją córkę? - Usłyszał z tyłu głos bogini.

- Do obozu.

A potem Alfa wziął jeden głęboki wdech i pozwolił by zawładnęły nim podmuchy wiatrów , by w ułamku sekundy znaleźć się z powrotem w obozie, tuż przed szpitalem. Na drżącym nogach powoli wszedł do środka i ułożył Annabeth na jednym z czystych posłań. Rozejrzał się i w drugim kącie pomieszczenia dostrzegł leśną nimfę i jakieś dziecko Apolla. Szybko do nich podszedł.

- Hej!

Oboje przerwali rozmowę i odwrócili się w jego stronę. Chłopak wyraźnie lekko przestraszył się na widok Wojownika , ale nimfa zachowała spokój.

- Tak? - zapytała, uśmiechając się.

- Widzicie tamtą dziewczynę? – Alfa wskazał na Annabeth.

Oboje pokiwali głową. Nimfa podeszła do córki Ateny i zmarszczyła brwi.

- Co jej jest?

- To nie jest ważne. Ważne jest to, że potrzebuje spokoju. Niech nikt jej nie dotyka, nie próbuje obudzić, i kategorycznie niech nikt nie próbuje jej leczyć, dobrze? Możecie tego dopilnować?

Nimfa pokiwała głową, ale chłopak od Apolla nie wyglądał na przekonanego.

- Czy to aby nie jest Annabeth? Córka Ateny, jedna z Dziesięciu Nieśmiertelnych?

- Tak.

- I jesteś pewien, - chłopak spojrzał mu w oczy, nagle przestając się go bać - że mamy ją zostawić tak jak jest?

- Tak! – Alfa szybko pokiwałem głową, czując, jak ogarnia go coraz większe zmęczenie. - Nic jej nie róbcie, tylko od czasu do czasu sprawdzajcie czy wciąż żyje, czy już nie.

Po czym wybiegł, zanim zdołaliby zadać mu więcej pytań.

Gdy Alfa wrócił do szpitala, była już noc. Chłopak zadbał wcześniej o to, aby zmienić postać, ale wszyscy spali i tylko nimfa, którą spotkał tego ranka, wciąż krzątała się przy szpitalnych łózkach. Gdy tylko go dostrzegła, natychmiast do niego podeszła.

- I co z nią? - zapytał, czując lekko suchość w gardle.

Nimfa pokręciła głową.

- Przez cały czas leżała nieruchomo, jakby była zaklęta. Nie drgnęła ani razu. - W oczach nimfy zadrgało coś, na kształt przerażenia, ale natychmiast znikło. - Co jakiś czas sprawdzałam jej stan, ale było bez zmian. Właśnie miałam iść kolejny raz, ale skoro już przyszedłeś to możesz to zrobić za mnie. - Ulga wyraźnie malowała się na jej twarzy. - Jest za tym parawanem. Schowałam ją, bo inni byli zbyt ciekawscy.

Spojrzał w bok i rzeczywiście jedno z łóżek okrywało coś na kształt niebieskiego parawanu. Odwrócił głowę, by podziękować nimfie, ale już jej nie było. Wojownik westchnął w duchu i powoli stanął nad łóżkiem Annabeth.

Była spokojna, bardzo spokojna. Blond loki leżały rozrzucone wokół jej glowy, a długie ramiona spoczywały bezradnie po jej bokach. Wciąż miała na sobie jego zieloną koszulę, co wywołało u Alfy lekki uśmiech.

Chwycił pobliskie krzesło i usiadł na nim, wciąż przypatrując się dziewczynie.

Miał co do niej mieszane uczucia. Z jednej strony czuł coś na kształt ... tęsknoty za dawną nią, a z drugiej niechęć.

Ale teraz była inną osobą. Mniej radosną, bardziej tchórzliwą. Bała się prawie wszystkiego, widać było to w jej spojrzeniu, choć starała się to ukryć. Stała się bardziej zapobiegawcza, bardziej mądralińska. Wszystkie jej wady wzmocniły się, a dawne zalety przygasły.

Ale było w niej też coś nowego. Pewnego rodzaju zmęczenie, jakby wiedziała o czymś co, było dla niej ciężarem, którego nie umiała, ani nie mogła się pozbyć.

I chyba to sprawiało, że wciąż... była dla niego ... kimś ważnym. Bo on nosił taki ciężar. Chciał się go pozbyć, i nie potrafił.

- Nie budź się. - wyszeptał cicho. - Nie daj się przechytrzyć. Życie nie jest piękne, cudowne i kolorowe.

Ona cię nie słyszy

- To zasadzka. To jedna, wielka zasadzka. - ciągnął dalej. - Prawe wyda ci się lewym, a lewe prawym. Góra dołem, a dół górą.

Co próbujesz osiągnąć?

- Coś czego nie udało się mnie. - odpowiedział, wiedząc, że idiotyzmem jest gadanie do samego siebie.

W tym właśnie problem. To jej zadanie, nie twoje!
- Zamknij się.

To bezcelowe. Po co próbujesz? Ona i tak cię nie słyszy.


- Skoro tak, to po co ty mnie od tego odwodzisz?

Sam się odwodzisz. Jestem tobą, pamiętasz?

Alfa powstrzymał się od uduszenia samego siebie i jeszcze raz skupił się na Annabeth.

- Prawda wyda ci się iluzją, a iluzja... prawdą. Śmierć wyda ci się życiem, a życie wyda ci się śmiercią. Nie daj się omamić. Nie daj się przechytrzyć. Nie... - Urwał nagle, dopiero teraz dostrzegając niedorzeczność całej sytuacji.

Wstał zezłoszczony. Starał się naprawić swój błąd, swoją naiwność, będąc naiwnym właśnie.

Ale... Tylko ten jeden, ostatni raz.

Spojrzał na dziewczynę i wyszeptał.

- Nie daj się przechytrzyć.

Odwrócił się z zamiarem wyjścia ze szpitala, ale po przyjściu zaledwie paru kroków, usłyszał czyiś wysoki krzyk. Natychmiast przybiegł z powrotem do Annabeth, tylko po to by zobaczyć, jak dziewczyna siedzi na łóżku, głośno nabierając powietrze.

- Alfa? - Rozglądnęła się ze strachem. - Co się dzieje?

Chłopak zaklął siarczyście. Albo mylił się co do niej, albo dziewczyna popełniła błąd.

- Czy ja ...? Czy ja umarłam?

Na twarzy Wojownika pojawił się smutny półuśmiech. Pokręcił głową.

- Nie. Nie umarłaś.

Mógł przysiąc, że w jej oczach na chwilę zapanował żal, po czym zniknął, tak szybko jak się pojawił.

A jednak. Czyli dała się przechytrzyć.

Komentujcie! Kolejny rozdział będzie bardzo króciutki, i pojawi się bardzo szybko.